Wspólnoty Edukacja   SAS Zatrudnienie Budownictwo Nowe Programy Stowarzyszenia   Nagrody/Finanse Biuletyn

Ogólnopolski Związek Organizacji Na Rzecz Zatrudnienia Socjalnego Ogólnopolski Związek na rzecz Integracji Społecznej

 

 

W NUMERZE:

 


Przedsiębiorczość społeczna w Polsce i w Unii Europejskiej.

Rozwiązania prawne - Ewa Leś

 

english version >>>

 


Ekonomia społeczna w Polsce– nowe perspektywy w przeciwdziałaniu wykluczeniu społecznemu - Tomasz Sadowski


english version
>>>

 


Kształcenie ustawiczne, uniwersytety ludowe,

edukacja dla rozwoju - Barbara Sadowska

 

english version >>>


Budowanie sieci współpracy w Polsce i w Europie - Wojciech Zarzycki


english version
>>>

 


„W PRZEŁOMOWYM MOMENCIE” - wywiad z Tomaszem Sadowskim


english version
>>>
 


Programy dostępnego budownictwa w Polsce i doświadczenia europejskie
w tym zakresie
- Jarosław Południkiewicz

 

english version >>>

 

 

Publikacja finansowana przez Komisję Europejską

Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za treść publikacji

EDYCJA SPECJALNA 2005 

 

 

Wydawca:

Fundacja Pomocy Wzajemnej Barka

Ul. św. Wincentego 6/7

61-003 Poznań - Polska

Tel./fax: +48 61 872 02 86

email: barka@barka.org.pl

www.barka.org.pl

       

 

Boski plan zbawienia człowieka.

Ojciec Łucjan - uzupełniające wiadomości do filmu „Pasja”

 

„Wesoły dzień dziś nam nastał...”

Krystyna Wiśniewska

 

„Wielkanocne pisanki”

Jacek Kaczmarek

 

Śmigiel  - Nowe wyzwanie.

Leszek Bór

 

Ludowe zwyczaje Wielkanocne.

Damian Korostyński

 

 

Biuletyn Fundacji "Barka"

 

Nr 16

 

kwiecień 2004

 

 

Zespół Redakcyjny:

 

Redaktor Naczelny:

Barbara Sadowska

 

Redaguje zespół:

 

Beata Benyskiewicz

Leszek Bór

Jacek Kaczmarek

Krzysztof Maj

Wojciech Zarzycki

 

 

Łamanie i skład:

Jacek Kaczmarek 

 

 

 

W numerze:

 

"Noc z Requiem"" - Krzysztof Maj

 

"Człowiek a Praca" - Krzysztof Sańko

 

"Odrodzenie się z popiołów" - Maciej Roszak

 

Dom sióstr Służebniczek w Tuligłowach - Wiesława Cieślik

 

"Z mojego punktu widzenia" - Sławomir Sobieraj

 

I Ogólnopolski Konkurs Literacki dla Mieszkańców Barki

 

"Święta Bożego Narodzenia" - Zbigniew Popadiuk

Biuletyn Fundacji "Barka"

 

Nr 14

 

grudzień 2003

 

Zespół Redakcyjny:

 

Redaktor Naczelny:

Barbara Sadowska

 

Redaguje zespół:

 

Beata Benyskiewicz

Leszek Bór

Jacek Kaczmarek

Krzysztof Maj

Maciej Roszak

Wojciech Zarzycki

 

Łamanie i skład:

Jacek Kaczmarek

 

 

W numerze:

 

"O Barce" - Ewa Kończal Reprezentant Ashoki w Polsce

 

Międzynarodowa sieć gazet ulicznych, rozmowa Wojciecha Zarzyckiego z Melem Youngiem Przewodniczącym International Network of Street Papers.

 

Dzień Niepodległości - Maciej Roszak

 

Św. Marcin, opiekun ubogich - Maciej Roszak

 

"Zima" - Magda Borowiec

 

Dzień w Pogotowiu Społecznym - Beata Benyskiewicz

 

O wspólnej odpowiedzialności społecznej, czyli jak biznesmeni włączają się w rozwiązywanie problemów społecznych. - Barbara Sadowska

 

"Dawać czy pożyczać" - Jacek Kaczmarek

 

"Społeczne sumienie biznesu" - Klaus Schwab

 

PEJA - Relacja Marysi Sadowskiej z wieczoru autorskiego Marii Blimel i Wandy Wasilewskiej.

Biuletyn Fundacji "Barka"

 

Nr 13

 

listopad  2003

 

Zespół Redakcyjny:

 

Redaktor Naczelny:

Barbara Sadowska

 

Redaguje zespół:

 

Beata Benyskiewicz

Leszek Bór

Jacek Kaczmarek

Krzysztof Maj

Maciej Roszak

Wojciech Zarzycki

 

Łamanie i skład:

Jacek Kaczmarek

 

 

Biuletyn Fundacji "Barka"

 

Nr 12

 

wrzesień / październik  2003

Redakcja:

Barbara Sadowska - red. nacz.

Wojciech Zarzycki

Maciej Roszak

Lechu Bór

Krzysztof Maj - oprac. graficzne

W numerze:

Rozmowa Wojciecha Zarzyckiego z Melem Youngiem Przewodniczącym International Network of Street Papers

Szkoła nad jeziorem - Mariola Henkel i Maciej Roszak

Moje wrażenia z Drezdenka -  Tadeusz Paciorek

Bez kaca

Korespondencja z Tajlandii - Ewa Sadowska

Moje spotkanie z ATD Czwarty Świat  -  Lech Bór

Asertywność  - Grzegorz Niewolny

Gazeta Sportowa - Michał Czapliński

Listy od czytelników

Numery archiwalne Biuletynu

5,  6/78/9

Rozmowa Wojciecha Zarzyckiego z Melem Youngiem Przewodniczącym International Network of Street Papers

* Mel, jesteś szefem jednej z największych gazet ulicznych, „The Big Issue”. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak narodziła się idea gazety ulicznej?

- Założył ją Gordon Roddick, prezes The Body Shop, którego przeraziła skala bezdomności w Londynie i któremu spodobała się idea zaangażowania bezdomnych w sprzedawanie gazety lub magazynu. Dzięki temu mogliby zarabiać pieniądze. Jego przyjaciel, John Bird, stworzył ku temu warunki i gazeta wystartowała w Londynie we wrześniu 1992 roku. Ja zacząłem wydawać „the Big Issue” w Szkocji w Czerwcu 1993 razem z Tricią Hughes

* Jakie tematy podejmuje Wasza gazeta i kto ją kupuje?

- „The Big Issue” jest określana jako magazyn spraw społecznych, ponieważ zajmujemy się takimi kwestiami jak bezdomność, bieda i wyłączenie z obiegu społecznego. Prowadzimy także sekcję z wiadomościami i komentarzami politycznymi, ale również popularną sekcję rozrywkową, czy też dotyczącą spraw międzynarodowych. Artykuły piszą bezdomni. Jesteśmy dumni, gdyż udaje nam się zdobywać nagrody dziennikarskie, wyprzedzając media klasyczne.

* Jak narodziło się Wasze czasopismo? Jakie problemy napotkaliście?

- Udało nam się zebrać trochę pieniędzy i gdy tylko zaczęliśmy publikować, magazyn się spodobał. Mieliśmy niesłychane szczęście. Znalazło się wielu bezdomnych chętnych do sprzedawania gazety, a nastroje w społeczeństwie dla tej idei były bardzo pozytywne, mieliśmy poparcie. Oczywiście, były problemy. Rząd był ociężały, więc długo musieliśmy im tłumaczyć, ale gdy zrozumieli nasze zamiary, stali się przychylni. Policja także udzieliła wsparcia. Stworzyliśmy zasady zachowania dla naszych sprzedawców i wyrzuciliśmy tych, którzy je łamali.

* W Poznaniu mamy teraz trzy duże lokalne magazyny i cztery komercyjne, bezpłatne czasopisma. W jakiej pozycji jest Wasza gazeta? Jakie rady możesz dać tym, którzy zamierzają ruszyć z gazetą uliczną w Polsce?

- Gdy zaczynaliśmy w Szkocji, było zdecydowanie więcej gazet płatnych i bezpłatnych, ale nie troszczyły się one o kwestie społeczne. Wiedzieliśmy, że Szkoci są tymi tematami bardzo zainteresowani, więc oferowaliśmy im magazyn, którego potrzebowali. Inne gazety nie są tak naprawdę konkurencją, wykształciliśmy własny rynek i doradzam zrobienie tego samego w Polsce. Większość naszych klientów to kobiety i ludzie młodzi, więc może powinniście skierować wasz produkt do tej grupy. W każdym razie, sprzedawcy są kluczem. Jeśli mieszkańcy zaczną się z nimi identyfikować i dostaną od nich dobry produkt, wszystko zadziała. Na przykład, w Czechach jest gazeta, która odniosła niesłychany sukces, a czytelnicy ją pokochali.

* Kto rozprowadza Waszą gazetę i jak przyjmują ich ludzie?

- Sprzedawcami są ludzie bezdomni. Jeśli trzymają się przyjętych zasad, nie piją ani nie zachowują się niestosownie, ludzie mają do nich pozytywne nastawienie.

* Wielu uważa, że źródła finansowania takich gazet mogłyby być bezpośrednio przekazywane bezdomnym lub organizacją charytatywnym. Co o tym sądzisz?

- Po pierwsze, jesteśmy przedsięwzięciem samo finansującym się i nie otrzymujemy żadnych dotacji. Pieniądze pochodzą ze sprzedaży i z reklam. Nie ma magazynu, nie ma pieniędzy. Po drugie, traktujemy naszych sprzedawców jak pracowników. Uważamy, że bezdomność spycha ludzi na margines i blokuje drogi reintegracji ze społeczeństwem. Poprzez sprzedawanie gazet bezdomny może zarabiać, 60% ceny z okładki trafia do jego kieszeni, ale także wraca on do obiegu społecznego. Kupujący rozmawiają z nimi, wypytują i w ten sposób bezdomni odzyskują szacunek do siebie. Z zarobionymi pieniędzmi i odzyskanym szacunkiem, setkom bezdomnych sprzedawców udało się znaleźć domy i etatowe prace. Uważamy, że organizacje charytatywne mają tutaj rolę do odegrania, ale ostatecznie jesteśmy socjalnym biznesem (a social business) i naszym zadaniem jest stworzenie tym ludziom ścieżki, którą wyjdą z dramatycznej sytuacji, poprzez pracę opartą na ich własnych wysiłku.

* Jak przyjęta została idea gazet ulicznych na świecie? Co łączy te przedsięwzięcia, a co dzieli?

- Gazety uliczne są popularne na całym świecie i sprzedają się w nakładzie 30 milionów rocznie. Mają wspólne cele i zasady, wszystkie działają w zgodzie z zasadą „sprzedawaj, a nie rozdawaj”. To jasne, że odzwierciedlają kulturę kraju, w którym są publikowane, ale spinają je podobieństwa pomiędzy bezdomnymi na całym świecie. Większość zajmuje się sprawami socjalnymi, choć niektóre się wyróżniają. Na przykład, gazeta w Portugalii zawiera wyłącznie fotografie i jest, mimo to, bardzo popularna. W Gambii sprzedają ją dzieci na plażach, co pomaga powstrzymywać je od oferowania usług seksualnych turystom.

* Zgodnie z tym, co mówisz, powody, dla których czytelnicy sięgają po gazety redagowane przez bezdomnych są różne. Czy chęć pomocy ludziom w potrzebie też ma znaczenie?

- Są dwie strony tego medalu. Ludzie nie będą kupować co tydzień śmieci, więc musicie przygotować dobry produkt. Jednocześnie, ludzie naprawdę są wrażliwi i chcą pomóc sprzedawcy. Obie strony są równie ważne.

* Jak przekonać ludzi, aby kupowali gazety uliczne?

- Musicie poprawiać świadomość społeczną. Media są zazwyczaj zainteresowane gazetami ulicznymi, powinniście więc nagłośnić inicjatywę w Polsce. To zainteresuje społeczeństwo. Jeśli tylko produkt będzie dobry, czytelnicy wrócą, ale kluczem jest uliczny sprzedawca i jego stosunki z kupującym. Jeśli to zaskoczy, wasze przedsięwzięcie się powiedzie.

* Mel, chcemy, żeby nasz magazyn drukowany był w dużym formacie, w profesjonalnej drukarni. Co chciałabyś przekazać mieszkańcom Poznania w tej fazie naszej inicjatywy?

- Sprzedawanie tego magazynu będzie służyło bezdomnym, więc musicie w niego zainwestować. Najpierw zrobić badania rynku. Albo przyjechać do Szkocji i wszystko zobaczyć, zapraszam.

Szkoła nad jeziorem - Mariola Henkel i Maciej Roszak

Sezon letni w ośrodku Szkoły Animacji Socjalnej w Kiekrzu zmierza ku końcowi, jest to więc dobry czas na jego małe podsumowanie. Podczas lata działo się tutaj wiele, lecz żeby was nie zanudzać wyliczaniem poszczególnych wydarzeń, przedstawimy tylko te ważniejsze. I tak:

 

1 czerwca z okazji Dnia Dziecka odbyła się impreza, w której uczestniczyła prawie setka dzieciaków. Wiele radości przysporzyły maluchom konkursy rysunkowe i różnego rodzaju zabawy. Na koniec wszyscy otrzymali prezenty. Dwukrotnie gościli także w Kiekrzu zagraniczni goście z organizacji partnerskich Barki z Ukrainy i Danii oraz przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej, którzy wraz z innymi uczestnikami organizowanej przez Barkę konferencji, wstąpili na chwilę do ośrodka. Wszyscy oni byli żywo zainteresowani tym, co się w Barce i ośrodku dzieje.

 

Koniec czerwca za sprawą barkowych piłkarzy, upłynął w Kiekrzu pod znakiem piłki kopanej zwanej też nożną. Kilkunastu piłkarzy z Barki i innych organizacji ćwiczyło sportowe umiejętności na zgrupowaniu przygotowawczym do Mistrzostw Świata w piłce nożnej ludzi bezdomnych jakie miały się dobyć w austriackim Grazu. Od początku lipca, po wszystkich niezbędnych kontrolach, otwarte zostało kąpielisko. Warto nadmienić, iż było to bodaj najbardziej bezpieczne kąpielisko w okolicy. Nad bezpieczeństwem kąpiących czuwało bowiem aż trzech ratowników.

 

Przełom czerwca i lipca upłynął też pod znakiem mniejszych lub większych remontów, ale nie wiemy czy kogoś szczególnie interesuje opis zakładania ciepłej wody w kuchni czy wymiany zniszczonych podłóg. Można wspomnieć jedynie, że zmagania z wodą trwały długo i obfitowały w momenty wesołe i tragiczne na przemian.

 

4 lipca odbyło się uroczyste pożegnanie piłkarzy, którzy wyjechali na mistrzostwa do Austrii (później wszyscy ich zresztą gorąco dopingowali).

 

W połowie lipca gościła w Kiekrzu delegacja pracowników służb społecznych z Kartuz, którzy zapoznawali się z działalnością Barki. Podczas pożegnalnego ogniska śpiewano kaszubskie pieśni i pieczono kiełbaski.

 

26 lipca rozpoczął się pierwszy w tym roku obóz szkoleniowo-wypoczynkowy dla uczestników programów Barki. Przez lipiec i sierpień odbyły się trzy turnusy, w których wzięło udział 110 osób. Podczas obozu odbywały się spotkania szkoleniowe prowadzone w formie wykładów i dyskusji. Spośród tematów szkoleniowych warto wymienić tematy takie jak asertywność, alkoholizm, zagrożenia związane z nasilającym się na świecie problemem handlu ludźmi (do nisko płatnej pracy, czy prostytucji). Uczestnicy obozu wypoczywali także na plaży, pływali na rowerach wodnych, kajakach i żaglówce. Niektórzy uczyli się także pływać pod fachowym okiem ratowników. Dzieci brały udział w zajęciach rysunkowych i innych zorganizowanych dla nich zabawach.

 

W sierpniu na kilka dni zawitali w Kiekrzu goście z zaprzyjaźnionej z Barką Szkoły Kofoeda z Kopenhagi, którzy zwiedzali okolice Poznania.

 

W połowie miesiąca odbył się międzynarodowy obóz młodzieżowy, w którym wzięli udział młodzi ludzie z Polski, Francji i Czech. Dyskutowano na temat przyszłości Europy i tolerancji dla innych kultur. Przez cały tydzień młodzież wymieniała się doświadczeniami i planowała przyszłe, wspólne działania.

 

W tym samym czasie odbył się w ośrodku, organizowany przez WOPR kurs sterników motorowodnych, motorowodnych, w którym wzięło udział kilka osób z Barki. Nabyte w jego trakcie umiejętności i uprawnienia mogą się im przydać w przyszłej pracy.

 

22 sierpnia kolejny raz spotkały się pracowników naszym ośrodku rodziny pracowników pracowników i wolontariuszy Barki. Na spotkaniu rozmawiano m.in. o tym jak Barka wpływa na nasze życie rodzinne.

Jako, że kalendarz wydarzeń w ośrodku Szkoły Animacji Socjalnej w Kiekrzu jest dość napięty do samego końca września, nie żegnamy się jeszcze z wami, drodzy czytelnicy.

Stwarzamy nowe szanse - Wiesława Cielik

kierowniczka Ośrodka dla Bezdomnych w Poznaniu przy ul. Michałowo 68

Proces wychodzenia z bezdomności jest trudny i długotrwały , wymaga wieloletniej pracy i zaangażowania zarówno ze strony osoby bezdomnej , jak i pracujących z nią specjalistów ( tzn. pracowników socjalnych , terapeutów , psychologów ) .

Osoba bezdomna – dorosła i ukształtowana , kolejny raz przechodzi proces socjalizacji, uczy się na nowo życia w społeczeństwie, przestrzegania norm i zasad społecznych. Odbudowuje nadszarpnięte zdrowie fizyczne i psychiczne, rozwija się duchowo. Cały ten proces ma na celu przygotowanie osoby bezdomnej do zajęcia należnego jej miejsca w społeczeństwie.

Aby dokonać charakterystyki i podkreślić rolę programu „Lokal terapeutyczny dla mieszkańca Ośrodka dla Bezdomnych przy ul. Michałowo 68”, którego celem jest zapewnienie pomocy w warunkach zbliżonych do samodzielności opiszę działalność i funkcjonowanie Ośrodka w oparciu o realizowany program wychodzenia z bezdomności.

Ośrodek składa się z trzech integralnie z sobą związanych części.

Pierwszą częścią jest noclegownia ,w której rozpoczyna się proces wychodzenia z bezdomności. Przyglądając się mieszkańcom Ośrodka widzę ,że na tym etapie to pracownicy socjalni i opiekunowie oraz terapeuci są najczęściej inicjatorami takich tematów jak :

- co zrobisz, żeby poprawić jakość życia ?

- czy jest możliwe inne życie ?

- czy pragniesz osiągnąć coś więcej niż dach nad głową?

- co to znaczy być osobą bezdomną i jak zamierzasz wyjść z tego stanu?

- czy jest możliwa zmiana twojej sytuacji?

W pierwszych dniach pobytu w noclegowni mieszkańcy po długim pobycie w bardzo ciężkich dla organizmu warunkach potrafią i są zdolni tylko myśleć o tym, żeby wyspać się, najeść, ubrać ,opanować chorobę. Mają ogromne poczucie straty życia , jego sensu , nie widzą przed sobą żadnych perspektyw, a zwłaszcza w obecnej sytuacji gospodarczej i społecznej.

Brak pracy , środków do życia doprowadziły do utraty poczucia bezpieczeństwa ,a przy okazji niski poziom świadomości i wykształcenia spowodowały trudności w realnej ocenie sytuacji życiowej oraz napiętrzenie się problemów niemożliwych do opanowania i rozwiązania bez wsparcia innych osób.

Prowadząc rozmowy z naszymi mieszkańcami często rysuje się obraz człowieka , już zaniedbanego w dzieciństwie . Nie zawsze chodzi tu o biedę ,brak środków finansowych, ubogich rodziców, bardziej dotyczy to straszliwej samotności i izolacji już od wczesnego dzieciństwa. Dziecko pozostając bez odpowiedzi , wyjaśnień ,rozmowy w atmosferze autokratycznego podejścia, często bite, dziś jako dorosły człowiek nie potrafi znaleźć innych rozwiązań niż ucieczka w alkohol, agresję ,samozniszczenie.

Na szczęście instynkt samozachowawczy powoduje ,że w najcięższych dla siebie momentach próbuje się jeszcze ratować ,co powoduje ,że sam trafia do schronisk ,albo pomagają mu inni ludzie przejęci jego losem (sąsiedzi, pielęgniarki, lekarze, pracownicy socjalni, policjanci, strażnicy miejscy).

W noclegowni staramy się wspierać naszych mieszkańców w zaspakajaniu tych podstawowych potrzeb takich jak: zapewnienie schronienia, żywności, środków czystości, odzieży. Jednakże już od momentu przyjęcia sygnalizujemy, że w Ośrodku można i należy zaspakajać takie potrzeby jak: zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa poprzez świadome i aktywne trzeźwienie za pomocą terapii prowadzonej przez pracowników Ośrodka lub na terenie miasta Poznania w poradniach odwykowych. Żeby zachęcić naszych podopiecznych do podjęcia takiego trudu przedstawiamy i omawiamy następujące korzyści wynikające z konsekwentnej realizacji programu:

- w przeciwieństwie do miejsca noclegowego na melinie, klatce schodowej ,czy dworcu uzyskanie poczucie bezpieczeństwa,

- zapewnienie bezpiecznego noclegu w łóżku i czystej pościeli,

- brak strachu przed kolegami i ich agresją,

- możliwość odbudowania zaufania wśród członków rodziny i otaczającego ich świata,

- wyeliminowanie lęku przed takimi stanami fizycznymi i psychicznymi takimi jak omamy, drżenie ciała ,poty, bóle całego ciała.

Możliwość załatwienia formalności związanych z określeniem zdolności do pracy, w celu pozyskania środków finansowych ,czy po prostu podjąć pracę i nauczyć się racjonalnie wydawać zarobione przez siebie pieniądze, zagwarantowanie sobie pomocy terapeuty, pracownika socjalnego, prawnika i innych osób.

Jednak uzyskanie stanu zapewnienia sobie poczucia bezpieczeństwa wymaga od naszego mieszkańca odwagi, otwartości na różne propozycje ze strony fachowców i doświadczonych kolegów ,samodyscypliny i uczciwości oraz posiadania świadomości ,iż „pragnę trzeźwieć ponieważ ja tak chcę ,pragnę takiego stanu, bo dość mam poniżenia, lęku o własne zdrowie ,smrodu i hańby....” Muszę jednak przyznać ,że ten etap wspierania mieszkańców jest najtrudniejszy zarówno dla pracowników jak i podopiecznych. Zmotywowanie ludzi do uwierzenia we własne możliwości i pokazanie, że problem alkoholizmu i bezdomności jest bardzo związany z tym co myślą ,jakimi wartościami kierują się w życiu ,czy po imieniu potrafią nazwać to, co dzieje się z ich życiem ,czy stać ich na przyjęcie krytyki ,czy chcą usłyszeć, co mówią inni. W pierwszym etapie wychodzenia z nałogu i bezdomności mieszkańcy niestety najczęściej próbują tylko nie pić, a to nie wystarcza ,żeby żyć, ponieważ choroba alkoholowa jest tak podstępna ,że w najmniej oczekiwanych momentach przypomina o sobie, chociażby pojawieniem się głodu alkoholowego.

Pogodzenie się przez mieszkańców takimi faktami jak :

- nie radzę sobie w życiu ,ponieważ jestem człowiekiem chorym na alkoholizm,

- potrzebuję fachowej pomocy

wymaga czasami lat oraz ustawicznej pracy indywidualnej i grupowej zmierzającej do podprowadzenia pod próg drzwi ,które otworzy sam stwierdzając ,że nie ma wyboru jeśli chce jeszcze ŻYĆ. Pokonanie tego etapu powoduje, że inicjatywę dalszego życia podejmują już sami mieszkańcy stopniowo zmniejszając udziały pracowników w rozwiązywaniu swoich problemów. Drugi etap wychodzenia z bezdomności realizowany jest w Ośrodku Aktywizacji Życiowej (OAŻ). Mieszkańcy części OAŻ to w większości ludzie uświadamiający sobie, że bezdomność jest stanem, który może ulec zmianie i w dużym stopniu zależy od pracy nad samym sobą, konsekwencji i uczciwości wobec siebie i innych. Zadaniem zespołu terapeutycznego na tym etapie jest podtrzymywanie mieszkańców w dążeniach mających wpływ na lepszą jakość ich życia i skupienie się nad rozwiązywaniem problemów związanych z uzyskaniem wsparcia duchowego ze strony rodziny, najbliższych i przyjaciół w procesie wychodzenia z bezdomności. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb biologicznych pojawiają się nowe pragnienia i marzenia, które nasi podopieczni zamierzają osiągnąć , np.:

- utrzymywanie abstynencji i kontakty z trzeźwymi ludźmi spoza Ośrodka,

- sprawianie przyjemności najbliższym poprzez pamiętanie o ich świętach,

- utrzymywanie kontaktów z dziećmi ,

- naprawianie szkód wyrządzonych przez pijaństwo,

- uzyskiwanie stanu pokoju i radości.

- pozyskanie samodzielnego mieszkania ,

- powrót do najbliższych, żony ,dzieci,

- utrzymanie pracy,

- dla osób schorowanych samotnych, pozyskanie miejsca w DPS.

Ostatnim etapem wychodzenia z bezdomności jest uzyskanie miejsca w lokalu terapeutycznym, którego celem jest przygotowanie podopiecznych Ośrodka do samodzielnego życia poprzez wsparcie w warunkach zbliżonych do samodzielnego funkcjonowania w środowisku.

Do programu kwalifikowane są osoby ,które:

są po edukacji wstępnej , podstawowym programie terapeutycznym ,biorą czynny udział w grupach wsparcia na terenie Ośrodka, uczestniczą w grupach AA na terenie miasta Poznania,

posiadają zatrudnienie lub świadczenia rentowe,

trwają w trzeźwości przez 1 rok i dłużej,

są kilkuletnimi podopiecznymi Ośrodka,

rokują szanse na samodzielne życie,

zgadzają się na kontynuowanie terapii .

Program ten powstał z myślą o bezdomnych mężczyznach ,którzy mają ogromy lęk przed samodzielnością spowodowany długoletnim uzależnieniem, czy długoletnimi wyrokami pozbawienia wolności, co niestety ma ogromny wpływ na ich gotowość do samodzielnej egzystencji.

Mieszkańcy lokalu mają możliwość zetknięcia się z problemami samodzielnego życia, takimi jak : opłaty za czynsz, energię , zapewnienie sobie całodziennego wyżywienia, zadbanie o wystrój i porządek w mieszkaniu, uwzględnienie potrzeb współlokatorów, planowanie wydatków ,dzielenie skromnego budżetu na cały miesiąc, ustalanie przyjęcia gości z innymi współlokatorami, dbanie o zachowanie ciszy nocnej, nie przyjmowanie gości po 22.00 , uczenie się bycia wsparciem dla kolegi.

Czy nasi mieszkańcy osiągnęli to, co zamierzał program?

Dziś widzę, że uświadomili sobie, czym jest samodzielne życie.

Bardzo pomagały w tym liczne rozmowy o swoich problemach, co pomagało je rozwiązywać. Ponadto istotnym elementem było nie ustawanie w pracy nad sobą

Pan Włodek zobaczył, że ma skłonności do uciekania w samotność ,co wywołuje w nim przykre uczucia uzewnętrzniające się złością. Ma świadomość , że jeszcze nie zakończył pracy –dowiedział się o tym ,że można mieć „toksyczne” relacje z innymi ,a wcale takie nie muszą być, zrozumiał również jak ważny jest sposób wyrażania własnych uczuć, myśli i opinii .

Pan Włodek analizując czas mieszkania w Ośrodku i w lokalu terapeutycznym przy ul. Kanałowej powiedział :

„Mieszkanie jest oazą ,w której mogę mieszkać w ciszy i spokoju, którego mimo wszystko brakowało w Ośrodku. Po dziesięciu latach życia pod niebem i klatkach schodowych, Ośrodek w pierwszych latach pobytu wydawał mi się pałacem, lecz w miarę upływu czasu zacząłem tęsknić do życia ,które zatraciłem przez alkohol.

Obecnie nie czuję się jak gorszy człowiek od innych, żyję w komforcie, ciszy i spokoju, co pozwala mi się zastanowić nad błędami jakie popełniłem w swym życiu i co robić aby się nie powtórzyły .”

Pan Czesław - gospodarz domu, przez pewien czas borykał się ze swoją przeszłością, rozliczeniem tego, co łączy go dziś z bratem , z jego rodziną, a w związku z tym z aktem przebaczenia i nie odwracania się za siebie w celu żądania zadośćuczynienia za poniesione straty. Tracąc starą rodzinę zyskał nową, z którą ma silniejsze więzi niż z poprzednią, a co najważniejsze ma wspólne wartości i doświadczenia.

Pan Czesiu zaś zwraca szczególną uwagę na to, iż samodzielność daje mu wiele radości.

Mówi, że „ w obecnym mieszkaniu musiałem stać się i zająć się wszystkim począwszy od sprzątania, prania ,zakupów, przyrządzania posiłków, prowadzenia księgowości ”

 

Pan Krzysztof odkrywa znaczenie pracy w grupach AA, co powoduje, że coraz odważniej patrzy na swoje życie i uczy się, że ważny jest nie tylko wygląd ,posiadanie pieniędzy ,ale również stała konfrontacja ze sobą i otoczeniem.

Zdanie wypowiedziane przez jego matkę ,że „ mimo wielu lat oczekiwania i bólu odzyskała swego syna ” jest również dla nas radością i największą nagrodą.

Rok realizowania programu w lokalu terapeutycznym pokazuje, jak bardzo ważny jest to etap pracy z osobami bezdomnymi i mimo, iż zakładaliśmy ,że nasze zaangażowanie będzie mniejsze, to okazuje się ,że my również musimy się nadal uczyć i dotykać problemów, na które nie zwraca się uwagi podczas wspierania mieszkańców Ośrodka przy ul. Michałowo, np.:

- co to znaczy wybaczyć najbliższym i sobie ?

- jak dokonać analizy własnego życia ?

- co mogę jeszcze wnieść coś nowego we własne życie ?

- czym jest godne życie ?

- jak organizować sobie czas pracy odpoczynku ,kontaktów z innymi ludźmi?

- czym jest racjonalny sposób odżywiania się ?

- jak inaczej rozwiązywać problemy?

Dokonując podsumowania kontakt z lokatorami tego mieszkania daje nam nowe doświadczenie pracy. Pokazuje, że zaspakajanie potrzeb naszych mieszkańców nie kończy się na stworzeniu warunków do życia, a wręcz wskazuje konieczność dalszej pracy, ale już w innym wymiarze tj.:

pracę nad dobrymi relacjami z ludźmi, zadbanie o samopoczucie, nie krzywdzenie siebie przez własną agresję ,smutek ,przygnębienie, opanowanie lęku przed samodzielnym funkcjonowaniem, uczenie się rozliczania samego siebie z tego, co osiągnąłem i co mam jeszcze do zrobienia, nie oceniania innych, udział w życiu publicznym ,spotkania, rozmowy, radowanie się z każdego dnia.

Ponadto analizując etapy wychodzenia z bezdomności zauważam, że na każdym etapie powstaje inna relacja z osobami bezdomnymi ,

noclegownia jest etapem poznawania wzajemnych możliwości i zdobywania zaufania, poznawania i diagnozowania najistotniejszych problemów, które doprowadziły do bezdomności,

OAŻ jest etapem wzajemnego wywiązywania się z umowy i kontraktu oraz podtrzymywania podopiecznych w dobrych decyzjach umożliwiających zdrowienie,

lokal terapeutyczny jest etapem, w którym pomagamy, ale bardziej przez dobre relacje, zaufanie, uczciwość, rozmowy . Na tym etapie droga, którą wzajemnie pokonaliśmy powoduje, że mieszkańcy, traktują pracowników Ośrodka jak rodzinę czy przyjaciół, na których stale można liczyć i można sobie pozwolić na bycie sobą bez zakładania różnych masek .

Matka Teresa z Kalkuty powiedziała „ W każdym tkwi coś dobrego , niektórzy to ukrywają, inni sobie lekceważą, ale mimo to w każdym jest dobro.”

 

Kierując się tymi słowami, można zauważyć, ile jest w nich sensu i nadziei dla tych, którzy z różnych powodów nie potrafili zadbać o siebie.

 

Każdy etap wychodzenia z bezdomności jest dostosowany do możliwości fizycznych, psychicznych i duchowych poszczególnych mieszkańców i uczy ich troszczenia się o właściwe zaspakajanie potrzeb .

Proces ten nie byłby możliwy bez udziału samych zainteresowanych oraz wielu przyjaciół Ośrodka czy życzliwych ludzi, którzy swoją obecnością i wsparciem przypominają, „że nie ma takowych opresji , z których by się przy Boskich auxiliach podnieść nie można ”.

Biedni bogacze czyli bogaci biedni   -  Danuta Białas

Nasze wejście do unii Europejskiej jest już oczywistością. Co możemy jej dać my, Europejczycy od zawsze, Polacy. Czym możemy się poszczycić? A może to pytanie w ogóle nie ma sensu. Bo dlaczego mamy zajmować się kimkolwiek? Jesteśmy, jacy jesteśmy. Czyli jacy? Co mamy? Wszyscy bez względu na to, co myślimy o naszych europejskich możliwościach, jednak nad tym się zastanawiamy. Mamy piękną i obfitą wciąż przyrodę, lasy, malownicze i czyste mimo wszystko rzeki i jeziora. Chemia im nie tak nie zaszkodziła jak tym położonym bardziej na zachód krajom. Czy stać nas na to, by ich nie zdewastować, a zatroszczyć się o to by przyniosły nam społeczeństwu korzyść.

Ludzie, którzy tu do nas przyjadą choćby na weekend z wędką lub koszykiem muszą jednak gdzieś mieszkać, umyć się i wyspać w godziwych warunkach. Co im możemy ofiarować? Jak jest w większości wiejskich zabudowań, wszyscy wiemy. A ze względu na pogarszającą się sytuację wsi z dnia na dzień jest gorzej. Ubożejemy. Czy stać nas na to, by pozwalać gościom jechać gdzieś indziej? Co i jak jemy? Ciekawie i barwnie, choć czasem niezbyt zdrowo. Smacznie. Kiedy pomyślimy o naszych narodowych specjałach i porównamy je z tym czym nas częstują mieszkańcy ościennych państw, wysoko podnosimy głowy i nie jest to wyłącznie związane z faktem że jesteśmy do naszego jedzenia przyzwyczajeni. Jest rzeczywiście lepsze, smaczniejsze, lepiej przyprawione. Czy faktycznie wejdziemy na rynki europejskie z naszym bigosem, flaczkami i pierogami...

Jesteśmy bogaci, na pewno, a może ciągle zbyt biedni, by pokonać konkurencję. Może będziemy musieli jeść to czym zaleje nas rynek europejski. Prawa konkurencji z którymi pozostanie nam się zderzyć mogą okazać się niełaskawe , a nawet wrogie. Czy jesteśmy zbyt bogaci , by zlekceważyć możliwość wejścia na konsumencki rynek europejski, a może za biedni by poradzić sobie z problemami finansowymi, także reklamą. Zwłaszcza z reklamą. Jeszcze dziś mając do wyboru produkt obcy lepiej opakowany i rodzimy w zwykłym kartoniku wybieramy... wiemy wszyscy co wybieramy. Tym bardziej że nam Polakom imponowało zawsze to , co obce. Mamy kompleksy.

Pytania i odpowiedzi można mnożyć ale najbardziej drastycznym problemem jest strata pokolenia. Jednego?

Mówiło się niegdyś, że wojna odebrała nam pokolenie - Rocznik20, a teraz? Czy stać nas to , by zmarnować kolejne? Pokolenie młodych na różnym poziome wykształconych ludzi nie ma pracy. Są regiony Polski jak Lubuskie , gdzie bezrobocie sięga 37 % A więc na stu młodych ludzi 37 rano nie wstaje do pracy. Co robią Ci ludzie, którzy za lat kilkadziesiąt będą musieli przecież z czegoś żyć, nie mając szans na emeryturę. A dziś często wykorzystują fakt, że pracują na nich rodzice. Pieniędzy jakoś musi wystarczyć , matka postawia przed synem obiad, czasem da parę groszy na piwo. Młody człowiek żyje bez celu, nie dąży do niczego, czasem bezskutecznie szuka pracy nikt go nie chce. Bywa że proponuje mu się pracę za 1zł na godzinę. Na czarno. Łatwo policzyć bez myślenia o przyszłości, 8 zł na dzień, dni pracy 21, więc na miesiąc 160 zł.

Jak za tyle przeżyć, zapłacić rachunki, a co z godnością. Zapomina się o niej, kiedy patrzą na nas głodne dzieci, w domu zimno, prąd wyłączony.

A pieniądze są . Jesteśmy bogaci, stać nas na wypłacanie ludziom na wysokich i średnich posadach państwowych niebotycznych kwot. Jesteśmy bogaci skoro nielicznym wypłaca się 600 czy 800 razy większe pobory niż tym zatrudnionym na czarno, zrozpaczonym ludziom którzy dają się upokorzyć, byle tylko nie widzieć pełnych wymówek spojrzeń żon, matek, dziewczyn...

Wystarczyłoby odebrać tym, którzy mają nieprzyzwoicie dużo i dać tym którzy w opiece społecznej dostają 25 - 30 zł nie na dzień miesiąc a nawet na trzy, ale to musiałby zrobić Janosik. Czekajmy więc na niego , mając nadzieję że "tam u góry" wreszcie ktoś pomyśli o narodzie nie wyłącznie o sobie. Może to jednak zbyt optymistyczne nastawienie. Jeszcze nigdy bogaty nie dał biednemu, nawet jeżeli to po jego grzbiecie zdobywał władzę i lukratywne stanowiska. Nie złamały nas rozbiory, ani obie wojny światowe. Pokonują nas swoi. I to jest najbardziej przykre. A może jest nas za dużo? Może trzeba zrobić selekcję i wykluczyć ze społeczeństwa najsłabszych. Opieka społeczna już to robi. Niedoinwestowania, traktowana po macoszemu, tak samo traktuje podopiecznych. "Niebotyczne" kwoty przeznaczone na pomoc najsłabszym , najmniej zaradnym niczego nie zmieniają - są mikroskopijna rybką zamiast wędki. Skoro nie rozdajemy sprzętu do łowienia, nie uczymy łowić i nie tworzymy łowisk może zabrać tym .... znowu to samo pytanie wraca jak bumerang. Trudno jednak postawić inne gdy w telewizji denerwują reklamy, w których mówi się że kupujący teraz samochód może zaoszczędzić teraz 5200 zł, dobrze że choć nie oglądają ich najbiedniejsi. Na samą ulgę musielibyśmy pracować kilka lat oczywiście bez wydawania choćby niewielu groszy nawet na najważniejsze potrzeby. A tak mają wyłączony prąd nieopłacony rachunek i ...spokój

Kiedy ten nasz kapitalizm, ta nasza wymarzona i oczekiwana demokracja pokaże choć odrobinę ludzkiej twarzy? Nie wiem. Wiem tylko że nieprędko pracodawcy zaczną szanować pracownika , bo nieprędko pracy będzie więcej niż chętnych do jej podjęcia.

Czy moja wyobraźnia jest zbyt okrutna podpowiadając obrazek: pod mostami, w kanałach i rozdzielniach ciepła , w nieoświetlonych i zamkniętych na głucho mieszkaniach - zimnych i smutnych ojcowie otulając dzieci do snu zaczynają opowiadać bajkę - kiedyś , kiedy tatuś i mamusia mieli jeszcze pracę....

Chciałabym doczekać czasów gdy bajki znów będą zaczynały się od znajomych słów:

Za górami za lasami ...

Czy żądam zbyt wiele?

Moje wrażenia z Drezdenka  -  Tadeusz Paciorek

We wspólnocie drezdeneckiej „Barki” spędziłem pełny miesiąc latem tego roku. Nie jest to wprawdzie wiele, ale wystarczy na sformułowanie moich wrażeń i doświadczeń, a nawet zarys pewnych uogólnień.

Najsilniejsze wrażenie wywarła na mnie otwartość „Barki” na ludzi z zewnątrz, rzecz raczej mało praktykowana w polskich instytucjach. Przychodzą tu ludzie biedni z miasta po bochenek chleba, przedstawiciele władz, placówek oświatowo-wychowawczych, sponsorzy. Niedawno zagościł na kilka miesięcy student psychologii z Berlina, w lipcu praktykowały trzy Ukrainki ze Lwowa. Przez tydzień przebywał także mój syn, Wiktor. Wynika z tego wiele korzyści. Mieszkańcy „Barki” czują się częścią większej społeczności, nie izolują się od lokalnego środowiska, są więc kimś, a nie anonimową zbiorowością. Korzystają automatycznie ze wzorów i wartości obserwowanych u ludzi ich odwiedzających. Oczywiście zachodzi też podobny proces w drugą stronę – my ludzie z zewnątrz uczymy się wrażliwości na cierpienie innego człowieka, poznajemy realne problemy i radości naszych ziomków. Bezdomny przestał być dla mnie kimś anonimowym, stał się realnym Władkiem, Józią, Mieciem. Dodam tutaj, że Amerykanie za jedno z kryteriów zdrowej instytucji, np. szkoły, uważają jej otwarcie na lokalną i szerszą społeczność.

Druga rzecz, która mi się spodobała, to otwartość wewnątrz grupy mieszkańców „Barki”, wyrażająca się w omawianiu, zwykle po posiłkach, aktualnych palących problemów, w szczególności konfliktów pomiędzy domownikami. Zaryzykuję twierdzenie, że jest to przede wszystkim zasługą Grzesia Niewolnego, inspirującego dłuższą lub krótszą wymianę zdań, jeśli docierają do niego informacje o aktualnych napięciach w grupie, agresywnej wymianie zdań, itp. W ten sposób przykre emocje ustępują, a ludzie uczą się sztuki życia z innymi.

Przychodzi mi do głowy termin „transparentny”(przejrzysty, jawny), jako słowo oddające atmosferę w drezdenckiej „Barce”. Jawność życia społecznego, relacji interpersonalnych, spraw finansowych, jest tam wartością, czymś głęboko zakorzenionym w postawach mieszkańców..

Sugeruję w tym miejscu potrzebę rozszerzenia tego typu spotkań, czy raczej uczynienia ich częstszymi, np. w celu ujawniania złego samopoczucia, przykrych lub przyjemnych emocji, słowem stanów, które wpływają na jakość życia grupy. Oczywiście warunkiem tego jest atmosfera zaufania, tolerancji i akceptacji innego człowieka. Rola Grzesia, czy innego facylitatora jest tu ogromna. Konkretnym przykładem jest choćby monolog wygloszony przy wspólnym stole przez młodego mieszkańca, dręczonego opresją ze strony rodziny (co rok przez miesiąc jest gościem domu).

Po trzecie ujęło mnie skromne, ale godziwe wyżywienie. Na obiad jest albo samo drugie danie(często bezmięsne), albo pożywna zupa z chlebem. Głodny ma zawsze dostęp do smalcu i dżemu. Uczy to traktowania wydatków na miarę mozliwości oraz pokory, a co ważniejsze poszanowania tego, co często pochodzi z darowizn.

Czas na dalsze refleksje. Co zmieniłbym w drezdeneckiej „Barce”? Przede wszystkim widzę wielką potrzebę edukacji i samodoskonalenia się mieszkańców wspólnoty. Spotkałem tam bystrych, inteligentnych ludzi, zajętych jednak głównie pracą i codzienną krzątaniną, a w najlepszym razie pogawędkach przy kawie. Tyle jest możliwości przeczytania czegoś (może w miejscowej miejskiej czytelni?) i zreferowania tegoż w czasie wolnym od zajęć domowych. Może spojrzeć bardziej perspektywicznie i przedstawić sposoby zarządzania własnymi pieniędzmi – sporządzanie rejestru przychodów i wydatków, planowanie tańszych zakupów, oszczędzanie choćby małych kwot. Biedny powinien tym bardziej oszczędzać! Wróćmy do nauk ks. Wawrzyniaka...

Wykład mógłby polegać także na podzieleniu się własnym doświadczeniem, umiejętnością (jak gotować czerwony barszcz), lub wiedza na konkretny temat – moja rodzina, wieś, szkoła, ważni ludzie w moim życiu, odwiedzone kraje i zabytki. Tematów sto, a wystarczy trochę chęci. Szczególnie potrzebne byłyby takie spotkania podczas długich, zimowych wieczorów ze względu na efekt wypełnienia wolnego czasu, oraz walory integracyjne. Dopóki się nie znamy, nie możemy być bliżej siebie i nawzajem się rozumieć.

Ostatni ważny problem do rozwiązania to agresja słowna między mieszkańcami „Barki”. Zauważyłem, że wynika ona nie tylko z cech charakteru czy negatywnych przeżyć w życiu (stąd zalegający gniew), ale w szczególności z trudnych warunków mieszkaniowych. Skupienie dwudziestu osób na małej powierzchni strychu, powoduje w sposób nieunikniony konflikty potrzeb oraz interesów. Ktoś jest wrażliwy na hałas i drażni go głośna muzyka czy rozmowa, kogoś innego denerwują nocne spacery i zapalanie światła w środku nocy. Każdy potrzebuje pewnej wolnej przestrzeni wokół siebie – tutaj jest skazany na ciągłą obecność innych. Wystarczy krótkie zaczepne zachowanie, kąśliwa uwaga, prośba przedstawiona w raniący sposób, i konflikt gotowy.

Po wielu przemyśleniach dochodzę do wniosku, że dobrze byłoby przeszkolić kilka osób, np. w Poznaniu, w sposobach radzenia sobie z gniewem i agresją – u siebie, jak i innych ludzi. Po pierwsze, takie przeszkolone osoby byłyby dobrymi wzorami (modelami) dla innych. Po drugie, mogłyby one, jako żyjące wewnątrz społeczności, a nie osoby obce, inicjować rozmowy pomiędzy zwaśnionymi stronami prowadzące do ujawnienia uczuć, wzajemnego wysłuchania się bez oceniania ma rację - nie ma racji, wreszcie do znalezienia konstruktywnego rozwiązania konfliktu, a więc pełnić rolę moderatorów..

Do Drezdenka jechałem z pewnymi obawami. Jak będę przyjęty? Czy zostanę zaakceptowany ze swoim rogeriańskim* podejściem? Ku mojemu zadowoleniu stało się po kilku dniach jasne, że system „Barki” zupełnie pasuje do moich postaw i przekonań.

Minęły 4 tygodnie. Z perspektywy czasu widzę, jak ważnym osobistym przeżyciem była dla mnie ta praktyka. Zmieniło się moje nastawienie do świata – jestem bardziej otwarty na innych ludzi, pogodny, tolerancyjny.

Mam też poczucie sukcesu – udało mi się nawiązać kontakt z osobami uznanymi w tym środowisku za trudne we współżyciu. Przekonałem się po raz kolejny o mocy i terapeutycznym znaczeniu uważnego słuchania, co tak podkreślał Carl Rogers.

Wielką przyjemnością była dla mnie praca w ogrodzie, obserwacja rosnących warzyw, przebywanie wśród zieleni. Dziękuję wam Barkowicze z Drezdenka!

*Carl Ransom Rogers, 1902-1987, wybitny amerykański psycholog, twórca niedyrektywnej psychoterapii nastawionej na klienta, współzałożyciel psychologii humanistycznej. Podkreślał znaczenie empatii, bezwarunkowej akceptacji i bycia autentycznym w relacji terapeuta-klient. Na język polski przetłumaczono jego fundamentalne dzieło „Sposób bycia”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002

Bez kaca

Dzień Pierwszy

Witam Państwa. Ja nie mam dziś kaca, a Wy? Kiedy zaproponowano mi prowadzenie tej rubryki padło pytanie - jaki będzie jej tytuł? Bez zastanowienia odpowiedziałem – „BEZ KACA”! Później, zastanawiałem się oczywiście, dlaczego tak prymitywnie, mogłem, wymyśleć coś mądrzejszego itp. Odpowiedź jest prosta. Otóż sam jestem człowiekiem uzależnionym od alkoholu, który nie pije od kilkunastu lat. W czasie, kiedy piłem, przeżywałem różne przykre konsekwencje. Jednak najbardziej dotkliwy był dla mnie zawsze kac po piciu alkoholu. Pamiętam te stany jakby to było dziś. Zaczynało się w momencie, kiedy zaczynałem się rozbudzać. Zawsze wtedy walczyłem by spać dalej, bo wiedziałem, co mnie czeka. Oczy musiałem otwierać palcami, bo były sklejone”ropą”. Łeb pękał, w gębie "Sahara", bebech bolał jak skopany, „karoseria” porysowana i do tego ręce same nadawały morsem. Tyle w „fizyce” do tego „galop myślowy” Gdzie byłem? Co robiłem? Skąd te obtarcia,skaleczenia i stłuczenia. Itd. Jakiego tym razem „dymu narobiłem”? Te wszystkie pytania brały się stąd, że zwykle piłem do „urwanego filmu” a po pijanemu byłem nieobliczalny. Jeszcze gorzej było, kiedy się budziłem w izbie wytrzezwień, co przytrafiało mi się dość regularnie. Tam najbardziej przerażało mnie pytanie, co powie sanitariusz jak po mnie przyjdzie: do domu czy do dyspozycji komendy? Kiedy padało do dyspozycji policji to pojawiały się kolejne pytania:, co i gdzie nawywijałem? Pobiłem, ukradłem, czy wręcz zabiłem...Godziny tortur psychicznych dużo bardziej dotkliwych niż fizyczne. Obie razem dawały kompozycję, jaką mógł znieść tylko desperat. Do tego fundowaną sobie najczęściej za własne pieniądze! Setki, tysiące razy w życiu! Jestem przekonany, że ten, który wymyśli skuteczne lekarstwo na kaca, stanie się najbogatszym człowiekiem na świecie! Skutecznego to znaczy innego niż te, które znaleźli sami alkoholicy. Mam na myśli sławnego „klina”. Ma on niestety jedną zasadniczą wadę – na drugi dzień znów ma się kaca. Pamiętam dokładnie działanie „klina”, tak jak dokładnie pamiętam to, co się ze mną działo, kiedy go nie było. Na kacu zawsze sobie obiecywałem sobie, że już nigdy więcej! Byłem o tym święcie przekonany wychodząc z domu. Sama jednak myśl o tym, co robiłem dzień wcześniej, poparta stwierdzeniem kumpla , „ale zrobiłeś wczoraj dym” powodowała, że ponownie sięgałem po „lekarstwo”. Pomagało doraźnie i sprawiało, że mogłem ludziom spojrzeć prosto w oczy. Znikały w niebycie niemiłe uczucia, które mną targały: wstyd, poczucie winy, strach, upokorzenie oraz złość do samego siebie - bo tylko takie towarzyszyły kacowi. Teraz, kiedy budzę się rano wiem, że żyję. Mam pełną świadomość tego gdzie jestem, co robiłem dzień wcześniej, nie szukam „wodopoju”, a co ważniejsze mogę sobie sam tworzyć dzień, przeżyć go świadomie i godnie. Uczucia mam też milsze, a i ludzie są dla mnie milsi. Życie bez kaca inaczej smakuje, lepiej, a sprawdziłem obie opcje. Ja takie życie wybrałem i wybieram codziennie, a WY?

Pozostaję ze współczuciem dla tych, którzy mają kaca

Jacky

Korespondencja z Tajlandii - Ewa Sadowska

Kochani,

Minęło już czterdzieści dni od kiedy jestem tutaj. Każdego dnia zdobywam sporo nowych doświadczeń, czuje jak gdyby nagle przybyło mi lat

Samotność (szczególnie w weekendy) nie jest już taka straszna, bo mam gitarę która się rozstroiła w czasie podróży i to tak że nie byłam w stanie jej sama nastroić. Poprosiłam więc o pomoc Noi, która pracuje ze mną w jednym pokoju w biurze PDA; jej syn jest muzykiem. Teraz jest jak nowa i dziękuję Bogu, że ją zabrałam.

Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy tzn. ja i gitara! ( ona jest trochę jak ja, czasem się rozstraja bo źle znosi zmiany klimatu, lepiej w jej wykonaniu brzmią basy niż górne dźwięki – ja podobnie też nie umiem wyciągnąć sopranu i wolę śpiewać niżej..) .

W każdym razie fakt, że spędzam tu o wiele więcej czasu samotnie, niż w Polsce sprawił, że dużo się zastanawiam nad różnymi rzeczami (czasem czuje się jak jakiś pustelnik albo mnich).

Od naszego ostatniego kontaktu sporo się wydarzyło.

Zaprzyjaźniłam się ze Stowarzyszeniem Chrześcijańskim “Norwegian Church Aid”, które wynajmuje dwa pokoje w biurze PDA. Parę dni temu kilka osób pracujących w tym stowarzyszeniu (trzy kobiety Tajki i jeden chłopak z Wietnamu) wyjeżdżało do sąsiedniej prowincji odwiedzić Katolickie Centrum Pomocy Ludziom z HIV|AIDS zapytali czy nie chciałabym pojechać z nimi. Chętnie się zgodziłam.

Centrum to prowadzone jest przez Katolickie zgromadzenie włoskich misjonarzy (założyciela poznałam osobiście; Ojciec Giovanni przekazał mi dużo ważnych informacji na temat Urszulanek prowadzących szkoły w Bangkoku, które mam zamiar odwiedzić wkrótce).

Kilka słów o samym Centrum.

Centrum prowadzi szkoły dla dzieci z AIDS, hospicja, aktywizuje osoby chore na AIDS, zachęcając ich do zakładania własnych Stowarzyszeń, zrzeszania się. Centrum to także wpływa na Rząd i zmienia ustawy, które w większości traktują chorych na AIDS jak osoby z marginesu, które przede wszystkim należy izolować.

Georgina – misjonarka z Kanady, która jest tu z mężem (właśnie obchodzą 40 rocznice pożycia małżeńskiego) oprowadziła nas po Centrum. Zaprosiła nas do hospicjum, gdzie spotkałam ludzi w ostatnim stadium swojego życia. Na łóżkach leżały szkielety – tylko skora i kości, z lekko przymkniętymi oczyma, jak w obozach oświęcimskich. Witałam się z nimi, chciałam nawiązać kontakt , ale byli tylko na wpół przytomni. Potem odwiedziłam szkolę dla dzieci z AIDS ( zaraziły się od rodziców, lub – bardzo częsty przypadek – zostały zgwałcone przez osobę chorą na AIDS ). Miały 6 do 15 lat i rany na ciele.

- “Tu dostają lekarstwa wiec będą żyły jeszcze 5 może 7 lat” - mówiła Georgina.

Zrobiło mi się słabo od nadmiaru przeżyć i myślałam, że zemdleję wiec musiałam się na chwile położyć na ławce.

Na wszystkich ścianach wisiały obrazy z Ojcem Św. i Św. Teresą od Dzieciątka Jezus.

Spotkałam kilka Sióstr (Tajek ze skośnymi oczyma) noszących habity i welony), które pytały czy mam męża lub narzeczonego, bo jeśli nie mam to chętnie by mnie przyjęły do swojego zgromadzenia.

Ojciec Giovanni dał mi swoją wizytówkę i powiedział, że mogę przyjechać na dłuższy czas ( prowadzą też szkolenia dla wolontariuszy).

Parę dni później odwiedziła mnie Pani Oranuch z mężem ( ta, którą poznałam w Poznaniu w czasie Targów Poznańskich). Jej mąż pracuje dla Shell Company. Zjedliśmy lunch w restauracji PDA nazywającej się Cabbages and Condoms.

Mąż pani Oranuch opowiadał o tym jak duże firmy i korporacje coraz bardziej zdają sobie sprawę ze wspólnej odpowiedzialności społecznej. “Uświadamiamy sobie coraz wyraźniej ze wszystko (wszystkie sektory) w społeczenstwie są ściśle ze sobą połączone i od siebie zależne.” –mówił. “ Na przykład nasza firma (Shell) czy inne duże korporacje nie mogą myśleć tylko o bogaceniu się podczas gdy większość rodzin w społeczeństwie sobie nie radzi.

Musimy się wspólnie zastanowić jak im pomoc znaleźć zatrudnienie, wyedukować ich dzieci, by poprawił się poziom ich życia – wtedy też będą mogli kupować w naszych firmach”.

Mówił też o tym, jak firma SHELL daje stypendia naukowe młodzieży oraz o tym, że pracownicy SHELL ( z nim włącznie) zawsze dwa razy w tygodniu idą do szkół publicznych uczyć angielskiego.

Mówił też o tym jak Mechai ( szef PDA) ostatnio został zaproszony do Shell , by mówić o współpracy sektorów –prywatnego, publicznego i non -profit. Potem Pani Oranuch zabrała mnie do katolickiego kościoła ( który trochę przypomina buddyjska świątynię) i na pchli targ, gdzie można tanio kupić różne ciekawe rzeczy. Kupiłam tam kilka spódnic, spodnie, tajski kapelusz z trzciny (jest kapitalny!!!), buty z lnu (w stylu azjatyckim) Wszystko co kupiłam było naprawdę tanie i mam satysfakcję, gdyż zrobiłam zakupy za swoje zarobione pieniądze. (Od sierpnia będę dostawała 6 tys. Bahtów a nie 4 tys. tak jak myślałam wcześniej). To jest ok. 150 dolarów na miesiąc.

Dzień z panią Oranuch był dla mnie bardzo ciekawy. Pani Oranuch chce żebym poznała całą jej rodzinę i powiedziała że będzie ze mną w stałym kontakcie.

Wracając z targu z zakupami, musiałam wsiąść w tzw. “podniebny pociąg” – obserwowałam handlarzy w kapeluszach z trzciny sprzedających na chodnikach jedwab, owoce, smażone tułowie motyli i tropikalnie wyglądające ryby. Było ich bardzo wielu na ulicach. Jeżdżą tu też śmieszne taksówki na trzech kółkach z odkrytym dachem nazywane “tuk-tuk”.

Pytacie czy Tajlandia jest piękna. Trudno mi powiedzieć. Na razie widziałam głównie Bangkok, którego cechą charakterystyczną jest to, że jest dosyć przeludniony, że maksymalnie wykorzystuje się tutaj każdy skrawek przestrzeni. Jest mnóstwo samochodów, hałas, straszne, wielogodzinne korki.

Na komunikację publiczną nie ma miejsca na ulicach więc na specjalnych słupach wybudowano szybki tramwaj kursujący nad głowami przechodniów - nazywa się “sky train” - podniebny pociąg. Jest też metro “underground”.

Owoce są bardzo zróżnicowane, niezwykłe, jest ich tysiące rodzajów. Żywność nie jest droga. Ludzie są bardzo życzliwi i generalnie uczciwi (na przykład na targu urwał mi się pasek od torebki i pewien starszy Taj, który miał swój stragan zaraz urwany pasek naprawił), albo niejednokrotnie kiedy stoję w autobusie z ciężkim plecakiem siedzący pasażerowie chcą mi ustępować miejsca .. itp. itp.

Generalnie wszystko tu jest inne od tego do czego przywykłam w Polsce.

To nieprawda, że kultura i tradycja europejska jest “dalej” od azjatyckiej, obie kultury są inne i obie mogłyby się WIELE od siebie nauczyć.

Ostatnio przyjechała do PDA grupa studentów medycyny z Japonii i Mechaj miał wykład o AIDS w Tajlandii. (Dowiedziałam się np. że PDA udziela niewielkiej pożyczki rodzinom: około 300 dolarów dla rodziny chorej na AIDS i tyle samo rodzinie zdrowej , by obie rodziny mogły razem otworzyć swój biznes.

Michai mówi, ze ta metoda jest niezwykle skuteczna, (spłacalność pożyczki wynosi 99% - ten jeden procent który nie spłaconej pożyczki – to rodziny z AIDS, których członkowie zmarli).

JURTO wyjeżdżam do Lam Plai Mat na miesiąc.

W Lam Plai Mat jest szkoła podstawowa dla dzieci ubogich farmerów, prowadzona przez PDA , która jest oddalona 800 km od Bangkoku. Będę tam uczyć angielskiego. Nauczyciele w tej szkole to młode dziewczęta w moim wieku, poznałam je osobiście kilka tygodni temu na seminarium, które dla nauczycieli tej szkoły poprowadził Michai w Pattaya. Nauczyciele są bardzo sympatyczni. Intencją Mechaja i Jamesa Clarka (biznesmena z Anglii, który w całości sponsoruje te szkołę) jest by szkoła w Lam Plai Mat była prowadzona inaczej niż powszechnie prowadzi się instytucje edukacyjne w Tajlandii i uczyła dzieci myślenia i zadawania pytań, a nie ślepego podążania za nauczycielem i uczenia pamięciowego.

Niestety nie mam komputera w swoim mieszkaniu, mam komputer w biurze. Ale w biurze najpierw muszę wykonać swoje zadania dotyczące pracy, potem mogę sobie pisać prywatną korespondencję. (Teraz jest godzina siódma wieczorem i w biurze już nikogo nie ma , wszyscy kończą przed szóstą). Pracuję nad artykułem i skończę go w Lam Plai Mat.

Na wspólnej kolacji z nauczycielami i Mechajem opowiedziałam historię o człowieku, który sadził dęby na opuszczonym terenie, na którym nie rosło nic oprócz dzikiej lawendy i o tym jak zasadzone ziarenka puściły pędy i po kilkunastu latach wyrósł las tam gdzie przedtem nie było NIC. To jest też praca którą wykonuje Michai i PDA: tworzy, animuje życie na umarłym terenie. To jest też praca Barki ....

Ta historia opowiedziana przeze mnie była – myślę – ważnym wkładem w kolację.

Ciąg dalszy nastąpi.............

Asertywność - Grzegorz Niewolny - Wspólnota Drezdenko

Jesteśmy istotami społecznymi, żyjemy wśród ludzi, a do zgodnego współistnienia potrzeba nam wiele umiejętności. Jedną z nich jest asertywność. Zanim podam jej definicję, przytoczę krótki opis zawarty w „elementarzu” ks. Jana Twardowskiego: „z miłością do Boga – tłumaczyła mi jedna ze znajomych – nie mam trudności. Kocham Go bardzo i tęsknię za Nim, ale swojemu sąsiadowi, który zamyka za głośno drzwi, to łeb bym ukręciła.” Kochać Boga jest łatwo, ale ludzie są wredni”. W tych słowach został przedstawiony, w formie żartobliwej, problem, z którym każdy z nas spotkał się nieraz w swoim życiu. Nasi bliźni, których powinniśmy kochać jak siebie samych, denerwują nas swoim zachowaniem, chcemy im to powiedzieć, ale nie wiemy jak, lub robimy to, raniąc ich i tracąc znajomych. Z jednej strony zauważamy swoje potrzeby, zranione uczucia, zadany ból, a z drugiej – widzimy drugiego człowieka, który nie zawsze rozumie, co się dzieje w naszym wnętrzu, a czasami staje się przyczyną rozczarowania, lub kolejnych problemów. Jeśli mieliśmy choć raz problem z okazywaniem swoich uczuć i informowaniu innych o naszych przeżyciach tak, aby pomóc sobie i jednocześnie nie zaszkodzić innym, powinniśmy bliżej zapoznać się z opisem umiejętności bycia asertywnym.

Zgodnie z definicją, którą przytacza M. Król – Fijewska, przez asertywność rozumie się „zespół zachowań interpersonalnych, wyrażających uczucia, postawy, życzenia, opinie i prawa innych osób (osoby)”. W dalszej części mowa jest o tym, że asertywność dotyczy również wyrażania emocji i uczuć, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, jednak w taki sposób, aby nie naruszyć praw innych ludzi.

Wśród umiejętności asertywnych wymienia się, zgodnie z poglądami Lazarusa, zdolności wyrażania sprzeciwu w relacjach interpersonalnych, powiedzenia „nie” w sytuacjach nieuzasadnionych żądań, umiejętności wyrażania pozytywnych i negatywnych uczuć ; zdolność proszenia innych o przysługę czy pomoc i również umiejętność podtrzymywania lub ograniczania kontaktów interpersonalnych. Oprócz wymienionych umiejętności, w literaturze można jeszcze spotkać następujące: wyrażanie przeciwstawnych opinii wobec rówieśników lub nauczycieli (przełożonych), rozpoczęcie rozmowy z rówieśnikami lub nieznajomymi, pochwalenie kogoś lub powiedzenie komplementu, negocjowanie kwestii „dawania i brania” z rodziną i przyjaciółmi, skuteczne poszukiwanie zajęcia lub pracy, oparcie się naciskom ze strony innych, by nie zachowywać się w sposób niezgodny z własnymi przekonaniami.

Można mówić o prawach asertywności, które powinny wyznaczać kierunek postępowania człowieka, chcącego otwarcie wyrażać siebie, bez narażania praw innych ludzi. Przytaczam kilka przykładów:

1. Prawo domagania się tego, czego chcemy, ze zrozumieniem, że partner może odmówić.

2. Prawo do własnego zdania, uczuć i emocji i odpowiedniego ich wyrażania.

3. Prawo do wypowiadania opinii, które nie mają logicznych podstaw.

4. Prawo do podejmowania decyzji i radzenia sobie z ich skutkami.

5. Prawo do dokonywania wyboru, czy chcemy zaangażować się w czyjeś problemy.

6. Prawo nie wiedzieć i nie rozumieć czegokolwiek.

7. Prawo do popełniania błędów.

8. Prawo do odnoszenia sukcesów.

9. Prawo do zmiany zdania.

10. Prawo do prywatności.

11. Prawo do bycia w samotności i niezależności.

12. Prawo do zmieniania się bycia asertywnym.

Człowiek nie zachowujący się asertywnie przejawia tendencję do agresywności, bierności bądź manipulowania innymi. Te rodzaje zachowań wynikają z naturalnej u człowieka skłonności do reagowania walką bądź ucieczką w sytuacjach problemowych. Dlatego też tak ważne jest bycie asertywnym, bo wówczas żyjemy w zgodzie z własnym wnętrzem – nie tłumimy emocji i uczuć, bo nie obwiniamy siebie o brak silnej woli i konsekwencji (gdy ulegamy prośbie innych, nie mając na to żadnej ochoty) i wreszcie wprowadzamy pokój do naszych kontaktów z innymi ludźmi. Asertywność jest bardzo ważna dla każdego człowieka, a w szczególności dla trzeźwiejących alkoholików.

Korzystałem z materiałów: Agnieszki Wielgas, ks. Jana Twardowskiego, Lazarusa.

 

Gazeta Sportowa - Michał Czapliński

Od 9 sierpnia mieliśmy gościć piłkarzy duńskich ze Szkoły Kofoeda. Po wielu problemach z dojazdem w końcu się pojawili. Byli bardzo zmęczeni podróżą, więc od razu pojechaliśmy z nimi do Kietrza, gdzie mieli mieszkać w czasie wizyty w Polsce. Duże wrażenie zrobiło na nich położenie ośrodka. Na wieczór mieliśmy zaplanowaną wizytę na meczu „Lecha” Poznań z „Górnikiem” Zabrze, lecz nasi przyjaciele po zjedzeniu posiłku chcieli udać się na odpoczynek. Jednak nie można się dziwić – po tylu godzinach podróży! Na mecz udaliśmy się sami. Następnego dnia o godzinie 10:00 miał zacząć się turniej, w którym miały wystartować trzy drużyny: Duńczycy, Abstynenci i Barka. Nic nie wyszło jednak z tego turnieju gdyż zabrakło poznańskich Abstynentów. Rozegraliśmy dwa mecze. Pierwszy przeciwko naszym gościom z Danii, wygraliśmy 8:1! Prawdę powiedziawszy po tym, co widziałem w czasie ich rozgrzewki spodziewałem się naszej porażki. Byli dobrze wyszkoleni technicznie i niektóre zagrania budziły respekt. Na szczęście nie umieli oni zastosować tych zagrań w czasie meczu! Cały czas próbowali nas zaskoczyć indywidualnymi zagraniami, a my rozgrywaliśmy piłkę między sobą tak długo, aż nadarzyła się okazja do zdobycia bramki. Nasza taktyka okazała się zdecydowanie lepsza! Po krótkiej przerwie rozegraliśmy drugi mecz, tym razem mieszając się między sobą. Spotkanie było bardzo wyrównane i zakończyło się niewielką różnicą bramek. Wszystko to jednak nie miało znaczenia, ponieważ dobrze się bawiliśmy i o to w tym wszystkim właśnie chodziło. Śmiało można stwierdzić, że pod względem piłkarskim Duńczycy sporo się mogą od nas nauczyć! Niezadowoleni z wyniku pierwszego meczu Duńczycy postanowili poprawić sobie nastroje zwiedzając Poznań. Wiele rzeczy bardzo ich zaciekawiło i urzekło swoją urodą. Kiedy zobaczyli ceny w naszych sklepach, twierdząc że w Danii jest dużo drożej. Tak, więc wybrali się na przechadzkę po sklepach. Zadowoleni z wizyty w Poznaniu postanowili zaprosić nas do Danii, do Szkoły Kofoeda żeby mogli się zrewanżować i pokonać nas na swoim terenie. Trzeba przyznać, że nawiązaliśmy ciekawy kontakt i również byliśmy zadowoleni z ich wizyty.