 |
W numerze:
"O Barce" -
Ewa Kończal Reprezentant Ashoki w Polsce
Międzynarodowa sieć gazet
ulicznych, rozmowa Wojciecha Zarzyckiego z Melem Youngiem Przewodniczącym
International Network of Street Papers.
Dzień Niepodległości
- Maciej Roszak
Św. Marcin, opiekun
ubogich - Maciej Roszak
"Zima" - Magda
Borowiec
Dzień w Pogotowiu
Społecznym - Beata Benyskiewicz
O wspólnej
odpowiedzialności społecznej, czyli jak biznesmeni włączają się w
rozwiązywanie problemów społecznych. - Barbara Sadowska
"Dawać czy pożyczać"
- Jacek Kaczmarek
"Społeczne sumienie
biznesu" - Klaus Schwab
PEJA - Relacja
Marysi Sadowskiej z wieczoru autorskiego Marii Blimel i Wandy Wasilewskiej. |
Biuletyn
Fundacji "Barka"
Nr 13
listopad 2003
Zespół Redakcyjny:
Redaktor
Naczelny:
Barbara
Sadowska
Redaguje zespół:
Beata
Benyskiewicz
Leszek Bór
Jacek
Kaczmarek
Krzysztof
Maj
Maciej
Roszak
Wojciech
Zarzycki
Łamanie i
skład:
Jacek
Kaczmarek
|
|
|
 |
Biuletyn
Fundacji "Barka"
Nr 12
wrzesień / październik 2003 |
Redakcja:
Barbara Sadowska - red. nacz.
Wojciech
Zarzycki
Maciej
Roszak
Lechu
Bór
Krzysztof Maj - oprac. graficzne |
|
W numerze:
Rozmowa Wojciecha Zarzyckiego z Melem Youngiem
Przewodniczącym International Network of Street Papers
Szkoła nad jeziorem -
Mariola Henkel i Maciej Roszak
Moje wrażenia z Drezdenka -
Tadeusz Paciorek
Bez kaca
Korespondencja z Tajlandii
- Ewa Sadowska
Moje spotkanie z ATD Czwarty
Świat - Lech Bór
Asertywność - Grzegorz
Niewolny
Gazeta Sportowa - Michał Czapliński
Listy od czytelników
|
|
|
|
Rozmowa Wojciecha
Zarzyckiego z Melem Youngiem Przewodniczącym International Network of Street
Papers |
|
* Mel,
jesteś szefem jednej z największych gazet ulicznych, „The Big Issue”.
Czy mógłbyś opowiedzieć, jak narodziła się idea gazety ulicznej?
- Założył ją Gordon Roddick,
prezes The Body Shop, którego przeraziła skala bezdomności w
Londynie i któremu spodobała się idea zaangażowania bezdomnych w
sprzedawanie gazety lub magazynu. Dzięki temu mogliby zarabiać
pieniądze. Jego przyjaciel, John Bird, stworzył ku temu warunki i
gazeta wystartowała w Londynie we wrześniu 1992 roku. Ja zacząłem
wydawać „the Big Issue” w Szkocji w Czerwcu 1993 razem z Tricią
Hughes
* Jakie tematy podejmuje Wasza gazeta i
kto ją kupuje?
- „The Big Issue” jest
określana jako magazyn spraw społecznych, ponieważ zajmujemy się
takimi kwestiami jak bezdomność, bieda i wyłączenie z obiegu
społecznego. Prowadzimy także sekcję z wiadomościami i komentarzami
politycznymi, ale również popularną sekcję rozrywkową, czy też
dotyczącą spraw międzynarodowych. Artykuły piszą bezdomni. Jesteśmy
dumni, gdyż udaje nam się zdobywać nagrody dziennikarskie,
wyprzedzając media klasyczne.
* Jak narodziło się Wasze czasopismo?
Jakie problemy napotkaliście?
- Udało nam się zebrać trochę pieniędzy i gdy tylko
zaczęliśmy publikować, magazyn się spodobał. Mieliśmy niesłychane
szczęście. Znalazło się wielu bezdomnych chętnych do sprzedawania
gazety, a nastroje w społeczeństwie dla tej idei były bardzo
pozytywne, mieliśmy poparcie. Oczywiście, były problemy. Rząd był
ociężały, więc długo musieliśmy im tłumaczyć, ale gdy zrozumieli
nasze zamiary, stali się przychylni. Policja także udzieliła
wsparcia. Stworzyliśmy zasady zachowania dla naszych sprzedawców i
wyrzuciliśmy tych, którzy je łamali.
* W Poznaniu mamy teraz trzy duże
lokalne magazyny i cztery komercyjne, bezpłatne czasopisma. W jakiej
pozycji jest Wasza gazeta? Jakie rady możesz dać tym, którzy
zamierzają ruszyć z gazetą uliczną w Polsce?
- Gdy zaczynaliśmy w Szkocji, było zdecydowanie więcej gazet
płatnych i bezpłatnych, ale nie troszczyły się one o kwestie
społeczne. Wiedzieliśmy, że Szkoci są tymi tematami bardzo
zainteresowani, więc oferowaliśmy im magazyn, którego potrzebowali.
Inne gazety nie są tak naprawdę konkurencją, wykształciliśmy własny
rynek i doradzam zrobienie tego samego w Polsce. Większość naszych
klientów to kobiety i ludzie młodzi, więc może powinniście skierować
wasz produkt do tej grupy. W każdym razie, sprzedawcy są kluczem.
Jeśli mieszkańcy zaczną się z nimi identyfikować i dostaną od nich
dobry produkt, wszystko zadziała. Na przykład, w Czechach jest
gazeta, która odniosła niesłychany sukces, a czytelnicy ją
pokochali.
* Kto rozprowadza Waszą gazetę i jak
przyjmują ich ludzie?
- Sprzedawcami są ludzie bezdomni. Jeśli trzymają się
przyjętych zasad, nie piją ani nie zachowują się niestosownie,
ludzie mają do nich pozytywne nastawienie.
* Wielu uważa, że źródła finansowania
takich gazet mogłyby być bezpośrednio przekazywane bezdomnym lub
organizacją charytatywnym. Co o tym sądzisz?
- Po pierwsze, jesteśmy
przedsięwzięciem samo finansującym się i nie otrzymujemy żadnych
dotacji. Pieniądze pochodzą ze sprzedaży i z reklam. Nie ma
magazynu, nie ma pieniędzy. Po drugie, traktujemy naszych
sprzedawców jak pracowników. Uważamy, że bezdomność spycha ludzi na
margines i blokuje drogi reintegracji ze społeczeństwem. Poprzez
sprzedawanie gazet bezdomny może zarabiać, 60% ceny z okładki trafia
do jego kieszeni, ale także wraca on do obiegu społecznego. Kupujący
rozmawiają z nimi, wypytują i w ten sposób bezdomni odzyskują
szacunek do siebie. Z zarobionymi pieniędzmi i odzyskanym
szacunkiem, setkom bezdomnych sprzedawców udało się znaleźć domy i
etatowe prace. Uważamy, że organizacje charytatywne mają tutaj rolę
do odegrania, ale ostatecznie jesteśmy socjalnym biznesem (a
social business) i naszym zadaniem jest stworzenie tym ludziom
ścieżki, którą wyjdą z dramatycznej sytuacji, poprzez pracę opartą
na ich własnych wysiłku.
* Jak przyjęta została idea gazet
ulicznych na świecie? Co łączy te przedsięwzięcia, a co dzieli?
- Gazety uliczne są popularne na całym świecie i sprzedają
się w nakładzie 30 milionów rocznie. Mają wspólne cele i zasady,
wszystkie działają w zgodzie z zasadą „sprzedawaj, a nie rozdawaj”.
To jasne, że odzwierciedlają kulturę kraju, w którym są publikowane,
ale spinają je podobieństwa pomiędzy bezdomnymi na całym świecie.
Większość zajmuje się sprawami socjalnymi, choć niektóre się
wyróżniają. Na przykład, gazeta w Portugalii zawiera wyłącznie
fotografie i jest, mimo to, bardzo popularna. W Gambii sprzedają ją
dzieci na plażach, co pomaga powstrzymywać je od oferowania usług
seksualnych turystom.
* Zgodnie z tym, co mówisz, powody, dla
których czytelnicy sięgają po gazety redagowane przez bezdomnych są
różne. Czy chęć pomocy ludziom w potrzebie też ma znaczenie?
- Są dwie strony tego medalu. Ludzie nie będą kupować co
tydzień śmieci, więc musicie przygotować dobry produkt.
Jednocześnie, ludzie naprawdę są wrażliwi i chcą pomóc sprzedawcy.
Obie strony są równie ważne.
* Jak przekonać ludzi, aby kupowali
gazety uliczne?
- Musicie poprawiać świadomość społeczną. Media są zazwyczaj
zainteresowane gazetami ulicznymi, powinniście więc nagłośnić
inicjatywę w Polsce. To zainteresuje społeczeństwo. Jeśli tylko
produkt będzie dobry, czytelnicy wrócą, ale kluczem jest uliczny
sprzedawca i jego stosunki z kupującym. Jeśli to zaskoczy, wasze
przedsięwzięcie się powiedzie.
*
Mel, chcemy, żeby nasz
magazyn drukowany był w dużym formacie, w profesjonalnej drukarni.
Co chciałabyś przekazać mieszkańcom Poznania w tej fazie naszej
inicjatywy?
- Sprzedawanie tego magazynu będzie służyło bezdomnym, więc
musicie w niego zainwestować. Najpierw zrobić badania rynku. Albo
przyjechać do Szkocji i wszystko zobaczyć, zapraszam.
|
|
|
 |
Szkoła nad
jeziorem -
Mariola Henkel i
Maciej Roszak |
Sezon letni w ośrodku Szkoły Animacji Socjalnej w
Kiekrzu zmierza ku końcowi, jest to więc dobry czas na jego małe
podsumowanie. Podczas lata działo się tutaj wiele, lecz żeby was nie
zanudzać wyliczaniem poszczególnych wydarzeń, przedstawimy tylko te
ważniejsze. I tak:
1 czerwca z okazji Dnia Dziecka odbyła się impreza, w
której uczestniczyła prawie setka dzieciaków. Wiele radości przysporzyły
maluchom konkursy rysunkowe i różnego rodzaju zabawy. Na koniec wszyscy
otrzymali prezenty. Dwukrotnie gościli także w Kiekrzu zagraniczni goście z
organizacji partnerskich Barki z Ukrainy i Danii oraz przedstawiciele
Ministerstwa Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej, którzy wraz z innymi
uczestnikami organizowanej przez Barkę konferencji, wstąpili na chwilę do
ośrodka. Wszyscy oni byli żywo zainteresowani tym, co się w Barce i ośrodku
dzieje.
Koniec czerwca za sprawą barkowych piłkarzy, upłynął w
Kiekrzu pod znakiem piłki kopanej zwanej też nożną. Kilkunastu piłkarzy z
Barki i innych organizacji ćwiczyło sportowe umiejętności na zgrupowaniu
przygotowawczym do Mistrzostw Świata w piłce nożnej ludzi bezdomnych jakie
miały się dobyć w austriackim Grazu. Od początku lipca, po wszystkich
niezbędnych kontrolach, otwarte zostało kąpielisko. Warto nadmienić, iż było
to bodaj najbardziej bezpieczne kąpielisko w okolicy. Nad bezpieczeństwem
kąpiących czuwało bowiem aż trzech ratowników.
Przełom czerwca i lipca upłynął też pod znakiem
mniejszych lub większych remontów, ale nie wiemy czy kogoś szczególnie
interesuje opis zakładania ciepłej wody w kuchni czy wymiany zniszczonych
podłóg. Można wspomnieć jedynie, że zmagania z wodą trwały długo i
obfitowały w momenty wesołe i tragiczne na przemian.
4 lipca odbyło się uroczyste pożegnanie piłkarzy,
którzy wyjechali na mistrzostwa do Austrii (później wszyscy ich zresztą
gorąco dopingowali).
W połowie lipca gościła w Kiekrzu delegacja
pracowników służb społecznych z Kartuz, którzy zapoznawali się z
działalnością Barki. Podczas pożegnalnego ogniska śpiewano kaszubskie pieśni
i pieczono kiełbaski.
26 lipca rozpoczął się pierwszy w tym roku obóz
szkoleniowo-wypoczynkowy dla uczestników programów Barki. Przez lipiec i
sierpień odbyły się trzy turnusy, w których wzięło udział 110 osób. Podczas
obozu odbywały się spotkania szkoleniowe prowadzone w formie wykładów i
dyskusji. Spośród tematów szkoleniowych warto wymienić tematy takie jak
asertywność, alkoholizm, zagrożenia związane z nasilającym się na świecie
problemem handlu ludźmi (do nisko płatnej pracy, czy prostytucji).
Uczestnicy obozu wypoczywali także na plaży, pływali na rowerach wodnych,
kajakach i żaglówce. Niektórzy uczyli się także pływać pod fachowym okiem
ratowników. Dzieci brały udział w zajęciach rysunkowych i innych
zorganizowanych dla nich zabawach.
W sierpniu na kilka dni zawitali w Kiekrzu goście z
zaprzyjaźnionej z Barką Szkoły Kofoeda z Kopenhagi, którzy zwiedzali okolice
Poznania.
W połowie miesiąca odbył się międzynarodowy obóz
młodzieżowy, w którym wzięli udział młodzi ludzie z Polski, Francji i Czech.
Dyskutowano na temat przyszłości Europy i tolerancji dla innych kultur.
Przez cały tydzień młodzież wymieniała się doświadczeniami i planowała
przyszłe, wspólne działania.
W tym samym czasie odbył się w ośrodku, organizowany
przez WOPR kurs sterników motorowodnych, motorowodnych, w którym wzięło
udział kilka osób z Barki. Nabyte w jego trakcie umiejętności i uprawnienia
mogą się im przydać w przyszłej pracy.
22 sierpnia kolejny raz spotkały się pracowników
naszym ośrodku rodziny pracowników pracowników i wolontariuszy Barki. Na
spotkaniu rozmawiano m.in. o tym jak Barka wpływa na nasze życie rodzinne.
Jako, że
kalendarz wydarzeń w ośrodku Szkoły Animacji Socjalnej w Kiekrzu jest dość
napięty do samego końca września, nie żegnamy się jeszcze z wami, drodzy
czytelnicy.
|
|
 |
Stwarzamy nowe
szanse - Wiesława Cielik
kierowniczka Ośrodka dla
Bezdomnych w Poznaniu przy ul. Michałowo 68 |
Proces wychodzenia z bezdomności jest trudny i
długotrwały , wymaga wieloletniej pracy i zaangażowania zarówno ze strony
osoby bezdomnej , jak i pracujących z nią specjalistów ( tzn. pracowników
socjalnych , terapeutów , psychologów ) .
Osoba bezdomna – dorosła i ukształtowana , kolejny raz
przechodzi proces socjalizacji, uczy się na nowo życia w społeczeństwie,
przestrzegania norm i zasad społecznych. Odbudowuje nadszarpnięte zdrowie
fizyczne i psychiczne, rozwija się duchowo. Cały ten proces ma na celu
przygotowanie osoby bezdomnej do zajęcia należnego jej miejsca w
społeczeństwie.
Aby dokonać charakterystyki i podkreślić rolę programu
„Lokal terapeutyczny dla mieszkańca Ośrodka dla Bezdomnych przy ul.
Michałowo 68”, którego celem jest zapewnienie pomocy w warunkach zbliżonych
do samodzielności opiszę działalność i funkcjonowanie Ośrodka w oparciu o
realizowany program wychodzenia z bezdomności.
Ośrodek składa się z trzech integralnie z sobą
związanych części.
Pierwszą częścią jest noclegownia ,w której
rozpoczyna się proces wychodzenia z bezdomności. Przyglądając się
mieszkańcom Ośrodka widzę ,że na tym etapie to pracownicy socjalni i
opiekunowie oraz terapeuci są najczęściej inicjatorami takich tematów jak :
- co zrobisz, żeby poprawić jakość życia ?
- czy jest możliwe inne życie ?
- czy pragniesz osiągnąć coś więcej niż dach nad
głową?
- co to znaczy być osobą bezdomną i jak zamierzasz
wyjść z tego stanu?
- czy jest możliwa zmiana twojej sytuacji?
W pierwszych dniach pobytu w noclegowni
mieszkańcy po długim pobycie w bardzo ciężkich dla organizmu warunkach
potrafią i są zdolni tylko myśleć o tym, żeby wyspać się, najeść, ubrać
,opanować chorobę. Mają ogromne poczucie straty życia , jego sensu , nie
widzą przed sobą żadnych perspektyw, a zwłaszcza w obecnej sytuacji
gospodarczej i społecznej.
Brak pracy , środków do życia doprowadziły do utraty
poczucia bezpieczeństwa ,a przy okazji niski poziom świadomości i
wykształcenia spowodowały trudności w realnej ocenie sytuacji życiowej oraz
napiętrzenie się problemów niemożliwych do opanowania i rozwiązania bez
wsparcia innych osób.
Prowadząc rozmowy z naszymi mieszkańcami często rysuje
się obraz człowieka , już zaniedbanego w dzieciństwie . Nie zawsze chodzi tu
o biedę ,brak środków finansowych, ubogich rodziców, bardziej dotyczy to
straszliwej samotności i izolacji już od wczesnego dzieciństwa. Dziecko
pozostając bez odpowiedzi , wyjaśnień ,rozmowy w atmosferze autokratycznego
podejścia, często bite, dziś jako dorosły człowiek nie potrafi znaleźć
innych rozwiązań niż ucieczka w alkohol, agresję ,samozniszczenie.
Na szczęście instynkt samozachowawczy powoduje ,że w
najcięższych dla siebie momentach próbuje się jeszcze ratować ,co powoduje
,że sam trafia do schronisk ,albo pomagają mu inni ludzie przejęci jego
losem (sąsiedzi, pielęgniarki, lekarze, pracownicy socjalni, policjanci,
strażnicy miejscy).
W noclegowni staramy się wspierać naszych mieszkańców
w zaspakajaniu tych podstawowych potrzeb takich jak: zapewnienie
schronienia, żywności, środków czystości, odzieży. Jednakże już od momentu
przyjęcia sygnalizujemy, że w Ośrodku można i należy zaspakajać takie
potrzeby jak: zapewnienie sobie poczucia bezpieczeństwa poprzez świadome i
aktywne trzeźwienie za pomocą terapii prowadzonej przez pracowników Ośrodka
lub na terenie miasta Poznania w poradniach odwykowych. Żeby zachęcić
naszych podopiecznych do podjęcia takiego trudu przedstawiamy i omawiamy
następujące korzyści wynikające z konsekwentnej realizacji programu:
- w przeciwieństwie do miejsca noclegowego na
melinie, klatce schodowej ,czy dworcu uzyskanie poczucie bezpieczeństwa,
- zapewnienie bezpiecznego noclegu w łóżku i czystej
pościeli,
- brak strachu przed kolegami i ich agresją,
- możliwość odbudowania zaufania wśród członków
rodziny i otaczającego ich świata,
- wyeliminowanie lęku przed takimi stanami
fizycznymi i psychicznymi takimi jak omamy, drżenie ciała ,poty, bóle
całego ciała.
Możliwość załatwienia formalności związanych z
określeniem zdolności do pracy, w celu pozyskania środków finansowych ,czy
po prostu podjąć pracę i nauczyć się racjonalnie wydawać zarobione przez
siebie pieniądze, zagwarantowanie sobie pomocy terapeuty, pracownika
socjalnego, prawnika i innych osób.
Jednak uzyskanie stanu zapewnienia sobie poczucia
bezpieczeństwa wymaga od naszego mieszkańca odwagi, otwartości na różne
propozycje ze strony fachowców i doświadczonych kolegów ,samodyscypliny i
uczciwości oraz posiadania świadomości ,iż „pragnę trzeźwieć ponieważ ja tak
chcę ,pragnę takiego stanu, bo dość mam poniżenia, lęku o własne zdrowie
,smrodu i hańby....” Muszę jednak przyznać ,że ten etap wspierania
mieszkańców jest najtrudniejszy zarówno dla pracowników jak i podopiecznych.
Zmotywowanie ludzi do uwierzenia we własne możliwości i pokazanie, że
problem alkoholizmu i bezdomności jest bardzo związany z tym co myślą
,jakimi wartościami kierują się w życiu ,czy po imieniu potrafią nazwać to,
co dzieje się z ich życiem ,czy stać ich na przyjęcie krytyki ,czy chcą
usłyszeć, co mówią inni. W pierwszym etapie wychodzenia z nałogu i
bezdomności mieszkańcy niestety najczęściej próbują tylko nie pić, a to nie
wystarcza ,żeby żyć, ponieważ choroba alkoholowa jest tak podstępna ,że w
najmniej oczekiwanych momentach przypomina o sobie, chociażby pojawieniem
się głodu alkoholowego.
Pogodzenie się przez mieszkańców takimi faktami jak :
- nie radzę sobie w życiu ,ponieważ jestem
człowiekiem chorym na alkoholizm,
- potrzebuję fachowej pomocy
wymaga czasami lat oraz ustawicznej pracy
indywidualnej i grupowej zmierzającej do podprowadzenia pod próg drzwi
,które otworzy sam stwierdzając ,że nie ma wyboru jeśli chce jeszcze ŻYĆ.
Pokonanie tego etapu powoduje, że inicjatywę dalszego życia podejmują już
sami mieszkańcy stopniowo zmniejszając udziały pracowników w rozwiązywaniu
swoich problemów. Drugi etap wychodzenia z bezdomności realizowany jest w
Ośrodku Aktywizacji Życiowej (OAŻ). Mieszkańcy części OAŻ to w większości
ludzie uświadamiający sobie, że bezdomność jest stanem, który może ulec
zmianie i w dużym stopniu zależy od pracy nad samym sobą, konsekwencji i
uczciwości wobec siebie i innych. Zadaniem zespołu terapeutycznego na tym
etapie jest podtrzymywanie mieszkańców w dążeniach mających wpływ na lepszą
jakość ich życia i skupienie się nad rozwiązywaniem problemów związanych z
uzyskaniem wsparcia duchowego ze strony rodziny, najbliższych i przyjaciół w
procesie wychodzenia z bezdomności. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb
biologicznych pojawiają się nowe pragnienia i marzenia, które nasi
podopieczni zamierzają osiągnąć , np.:
- utrzymywanie abstynencji i kontakty z trzeźwymi
ludźmi spoza Ośrodka,
- sprawianie przyjemności najbliższym poprzez
pamiętanie o ich świętach,
- utrzymywanie kontaktów z dziećmi ,
- naprawianie szkód wyrządzonych przez pijaństwo,
- uzyskiwanie stanu pokoju i radości.
- pozyskanie samodzielnego mieszkania ,
- powrót do najbliższych, żony ,dzieci,
- utrzymanie pracy,
- dla osób schorowanych samotnych, pozyskanie
miejsca w DPS.
Ostatnim etapem wychodzenia z bezdomności jest
uzyskanie miejsca w lokalu terapeutycznym, którego celem jest przygotowanie
podopiecznych Ośrodka do samodzielnego życia poprzez wsparcie w warunkach
zbliżonych do samodzielnego funkcjonowania w środowisku.
Do programu kwalifikowane są osoby ,które:
są po edukacji wstępnej , podstawowym programie
terapeutycznym ,biorą czynny udział w grupach wsparcia na terenie Ośrodka,
uczestniczą w grupach AA na terenie miasta Poznania,
posiadają zatrudnienie lub świadczenia rentowe,
trwają w trzeźwości przez 1 rok i dłużej,
są kilkuletnimi podopiecznymi Ośrodka,
rokują szanse na samodzielne życie,
zgadzają się na kontynuowanie terapii .
Program ten powstał z myślą o bezdomnych mężczyznach
,którzy mają ogromy lęk przed samodzielnością spowodowany długoletnim
uzależnieniem, czy długoletnimi wyrokami pozbawienia wolności, co niestety
ma ogromny wpływ na ich gotowość do samodzielnej egzystencji.
Mieszkańcy lokalu mają możliwość zetknięcia się z
problemami samodzielnego życia, takimi jak : opłaty za czynsz, energię ,
zapewnienie sobie całodziennego wyżywienia, zadbanie o wystrój i porządek w
mieszkaniu, uwzględnienie potrzeb współlokatorów, planowanie wydatków
,dzielenie skromnego budżetu na cały miesiąc, ustalanie przyjęcia gości z
innymi współlokatorami, dbanie o zachowanie ciszy nocnej, nie przyjmowanie
gości po 22.00 , uczenie się bycia wsparciem dla kolegi.
Czy nasi mieszkańcy osiągnęli to, co zamierzał
program?
Dziś widzę, że uświadomili sobie, czym jest
samodzielne życie.
Bardzo pomagały w tym liczne rozmowy o swoich
problemach, co pomagało je rozwiązywać. Ponadto istotnym elementem było nie
ustawanie w pracy nad sobą
Pan Włodek zobaczył, że ma skłonności do uciekania w
samotność ,co wywołuje w nim przykre uczucia uzewnętrzniające się złością.
Ma świadomość , że jeszcze nie zakończył pracy –dowiedział się o tym ,że
można mieć „toksyczne” relacje z innymi ,a wcale takie nie muszą być,
zrozumiał również jak ważny jest sposób wyrażania własnych uczuć, myśli i
opinii .
Pan Włodek analizując czas mieszkania w Ośrodku i w
lokalu terapeutycznym przy ul. Kanałowej powiedział :
„Mieszkanie jest oazą ,w której mogę mieszkać w ciszy
i spokoju, którego mimo wszystko brakowało w Ośrodku. Po dziesięciu latach
życia pod niebem i klatkach schodowych, Ośrodek w pierwszych latach pobytu
wydawał mi się pałacem, lecz w miarę upływu czasu zacząłem tęsknić do życia
,które zatraciłem przez alkohol.
Obecnie nie czuję się jak gorszy człowiek od innych,
żyję w komforcie, ciszy i spokoju, co pozwala mi się zastanowić nad błędami
jakie popełniłem w swym życiu i co robić aby się nie powtórzyły .”
Pan Czesław - gospodarz domu, przez pewien czas
borykał się ze swoją przeszłością, rozliczeniem tego, co łączy go dziś z
bratem , z jego rodziną, a w związku z tym z aktem przebaczenia i nie
odwracania się za siebie w celu żądania zadośćuczynienia za poniesione
straty. Tracąc starą rodzinę zyskał nową, z którą ma silniejsze więzi niż z
poprzednią, a co najważniejsze ma wspólne wartości i doświadczenia.
Pan Czesiu zaś zwraca szczególną uwagę na to, iż
samodzielność daje mu wiele radości.
Mówi, że „ w obecnym mieszkaniu musiałem stać się i
zająć się wszystkim począwszy od sprzątania, prania ,zakupów, przyrządzania
posiłków, prowadzenia księgowości ”
Pan Krzysztof odkrywa znaczenie pracy w grupach AA, co
powoduje, że coraz odważniej patrzy na swoje życie i uczy się, że ważny jest
nie tylko wygląd ,posiadanie pieniędzy ,ale również stała konfrontacja ze
sobą i otoczeniem.
Zdanie wypowiedziane przez jego matkę ,że „ mimo wielu
lat oczekiwania i bólu odzyskała swego syna ” jest również dla nas radością
i największą nagrodą.
Rok realizowania programu w lokalu terapeutycznym
pokazuje, jak bardzo ważny jest to etap pracy z osobami bezdomnymi i mimo,
iż zakładaliśmy ,że nasze zaangażowanie będzie mniejsze, to okazuje się ,że
my również musimy się nadal uczyć i dotykać problemów, na które nie zwraca
się uwagi podczas wspierania mieszkańców Ośrodka przy ul. Michałowo, np.:
- co to znaczy wybaczyć najbliższym i sobie ?
- jak dokonać analizy własnego życia ?
- co mogę jeszcze wnieść coś nowego we własne życie
?
- czym jest godne życie ?
- jak organizować sobie czas pracy odpoczynku
,kontaktów z innymi ludźmi?
- czym jest racjonalny sposób odżywiania się ?
- jak inaczej rozwiązywać problemy?
Dokonując podsumowania kontakt z lokatorami tego
mieszkania daje nam nowe doświadczenie pracy. Pokazuje, że zaspakajanie
potrzeb naszych mieszkańców nie kończy się na stworzeniu warunków do życia,
a wręcz wskazuje konieczność dalszej pracy, ale już w innym wymiarze tj.:
pracę nad dobrymi relacjami z ludźmi, zadbanie o
samopoczucie, nie krzywdzenie siebie przez własną agresję ,smutek
,przygnębienie, opanowanie lęku przed samodzielnym funkcjonowaniem,
uczenie się rozliczania samego siebie z tego, co osiągnąłem i co mam
jeszcze do zrobienia, nie oceniania innych, udział w życiu publicznym
,spotkania, rozmowy, radowanie się z każdego dnia.
Ponadto analizując etapy wychodzenia z bezdomności
zauważam, że na każdym etapie powstaje inna relacja z osobami bezdomnymi ,
noclegownia jest etapem poznawania wzajemnych
możliwości i zdobywania zaufania, poznawania i diagnozowania
najistotniejszych problemów, które doprowadziły do bezdomności,
OAŻ jest etapem wzajemnego wywiązywania się z umowy
i kontraktu oraz podtrzymywania podopiecznych w dobrych decyzjach
umożliwiających zdrowienie,
lokal terapeutyczny jest etapem, w którym pomagamy,
ale bardziej przez dobre relacje, zaufanie, uczciwość, rozmowy . Na tym
etapie droga, którą wzajemnie pokonaliśmy powoduje, że mieszkańcy,
traktują pracowników Ośrodka jak rodzinę czy przyjaciół, na których stale
można liczyć i można sobie pozwolić na bycie sobą bez zakładania różnych
masek .
Matka Teresa z Kalkuty powiedziała „ W każdym tkwi coś
dobrego ,
niektórzy to ukrywają, inni sobie lekceważą, ale
mimo to w każdym jest dobro.”
Kierując się tymi słowami, można zauważyć, ile jest w
nich sensu i nadziei dla tych, którzy z różnych powodów nie potrafili zadbać
o siebie.
Każdy etap wychodzenia z bezdomności jest dostosowany
do możliwości fizycznych, psychicznych i duchowych poszczególnych
mieszkańców i uczy ich troszczenia się o właściwe zaspakajanie potrzeb .
Proces ten nie byłby możliwy bez udziału samych
zainteresowanych oraz wielu przyjaciół Ośrodka czy życzliwych ludzi, którzy
swoją obecnością i wsparciem przypominają, „że nie ma takowych opresji , z
których by się przy Boskich auxiliach podnieść nie można ”.
|
|
 |
Biedni bogacze czyli bogaci biedni
-
Danuta Białas |
Nasze wejście do unii Europejskiej jest już
oczywistością. Co możemy jej dać my, Europejczycy od zawsze, Polacy. Czym
możemy się poszczycić? A może to pytanie w ogóle nie ma sensu. Bo dlaczego
mamy zajmować się kimkolwiek? Jesteśmy, jacy jesteśmy. Czyli jacy? Co mamy?
Wszyscy bez względu na to, co myślimy o naszych europejskich możliwościach,
jednak nad tym się zastanawiamy. Mamy piękną i obfitą wciąż przyrodę, lasy,
malownicze i czyste mimo wszystko rzeki i jeziora. Chemia im nie tak nie
zaszkodziła jak tym położonym bardziej na zachód krajom. Czy stać nas na to,
by ich nie zdewastować, a zatroszczyć się o to by przyniosły nam
społeczeństwu korzyść.
Ludzie, którzy tu do nas przyjadą choćby na weekend z
wędką lub koszykiem muszą jednak gdzieś mieszkać, umyć się i wyspać w
godziwych warunkach. Co im możemy ofiarować? Jak jest w większości wiejskich
zabudowań, wszyscy wiemy. A ze względu na pogarszającą się sytuację wsi z
dnia na dzień jest gorzej. Ubożejemy. Czy stać nas na to, by pozwalać
gościom jechać gdzieś indziej? Co i jak jemy? Ciekawie i barwnie, choć
czasem niezbyt zdrowo. Smacznie. Kiedy pomyślimy o naszych narodowych
specjałach i porównamy je z tym czym nas częstują mieszkańcy ościennych
państw, wysoko podnosimy głowy i nie jest to wyłącznie związane z faktem że
jesteśmy do naszego jedzenia przyzwyczajeni. Jest rzeczywiście lepsze,
smaczniejsze, lepiej przyprawione. Czy faktycznie wejdziemy na rynki
europejskie z naszym bigosem, flaczkami i pierogami...
Jesteśmy bogaci, na pewno, a może ciągle zbyt biedni,
by pokonać konkurencję. Może będziemy musieli jeść to czym zaleje nas rynek
europejski. Prawa konkurencji z którymi pozostanie nam się zderzyć mogą
okazać się niełaskawe , a nawet wrogie. Czy jesteśmy zbyt bogaci , by
zlekceważyć możliwość wejścia na konsumencki rynek europejski, a może za
biedni by poradzić sobie z problemami finansowymi, także reklamą. Zwłaszcza
z reklamą. Jeszcze dziś mając do wyboru produkt obcy lepiej opakowany i
rodzimy w zwykłym kartoniku wybieramy... wiemy wszyscy co wybieramy. Tym
bardziej że nam Polakom imponowało zawsze to , co obce. Mamy kompleksy.
Pytania i
odpowiedzi można mnożyć ale najbardziej drastycznym problemem jest strata
pokolenia. Jednego?
Mówiło się niegdyś, że wojna odebrała nam pokolenie -
Rocznik20, a teraz? Czy stać nas to , by zmarnować kolejne? Pokolenie
młodych na różnym poziome wykształconych ludzi nie ma pracy. Są regiony
Polski jak Lubuskie , gdzie bezrobocie sięga 37 % A więc na stu młodych
ludzi 37 rano nie wstaje do pracy. Co robią Ci ludzie, którzy za lat
kilkadziesiąt będą musieli przecież z czegoś żyć, nie mając szans na
emeryturę. A dziś często wykorzystują fakt, że pracują na nich rodzice.
Pieniędzy jakoś musi wystarczyć , matka postawia przed synem obiad, czasem
da parę groszy na piwo. Młody człowiek żyje bez celu, nie dąży do niczego,
czasem bezskutecznie szuka pracy nikt go nie chce. Bywa że proponuje mu się
pracę za 1zł na godzinę. Na czarno. Łatwo policzyć bez myślenia o
przyszłości, 8 zł na dzień, dni pracy 21, więc na miesiąc 160 zł.
Jak za tyle
przeżyć, zapłacić rachunki, a co z godnością. Zapomina się o niej, kiedy
patrzą na nas głodne dzieci, w domu zimno, prąd wyłączony.
A pieniądze są . Jesteśmy bogaci, stać nas na
wypłacanie ludziom na wysokich i średnich posadach państwowych niebotycznych
kwot. Jesteśmy bogaci skoro nielicznym wypłaca się 600 czy 800 razy większe
pobory niż tym zatrudnionym na czarno, zrozpaczonym ludziom którzy dają się
upokorzyć, byle tylko nie widzieć pełnych wymówek spojrzeń żon, matek,
dziewczyn...
Wystarczyłoby odebrać tym, którzy mają nieprzyzwoicie
dużo i dać tym którzy w opiece społecznej dostają 25 - 30 zł nie na dzień
miesiąc a nawet na trzy, ale to musiałby zrobić Janosik. Czekajmy więc na
niego , mając nadzieję że "tam u góry" wreszcie ktoś pomyśli o narodzie nie
wyłącznie o sobie. Może to jednak zbyt optymistyczne nastawienie. Jeszcze
nigdy bogaty nie dał biednemu, nawet jeżeli to po jego grzbiecie zdobywał
władzę i lukratywne stanowiska. Nie złamały nas rozbiory, ani obie wojny
światowe. Pokonują nas swoi. I to jest najbardziej przykre. A może jest nas
za dużo? Może trzeba zrobić selekcję i wykluczyć ze społeczeństwa
najsłabszych. Opieka społeczna już to robi. Niedoinwestowania, traktowana po
macoszemu, tak samo traktuje podopiecznych. "Niebotyczne" kwoty przeznaczone
na pomoc najsłabszym , najmniej zaradnym niczego nie zmieniają - są
mikroskopijna rybką zamiast wędki. Skoro nie rozdajemy sprzętu do łowienia,
nie uczymy łowić i nie tworzymy łowisk może zabrać tym .... znowu to samo
pytanie wraca jak bumerang. Trudno jednak postawić inne gdy w telewizji
denerwują reklamy, w których mówi się że kupujący teraz samochód może
zaoszczędzić teraz 5200 zł, dobrze że choć nie oglądają ich najbiedniejsi.
Na samą ulgę musielibyśmy pracować kilka lat oczywiście bez wydawania choćby
niewielu groszy nawet na najważniejsze potrzeby. A tak mają wyłączony prąd
nieopłacony rachunek i ...spokój
Kiedy ten nasz kapitalizm, ta nasza wymarzona i
oczekiwana demokracja pokaże choć odrobinę ludzkiej twarzy? Nie wiem. Wiem
tylko że nieprędko pracodawcy zaczną szanować pracownika , bo nieprędko
pracy będzie więcej niż chętnych do jej podjęcia.
Czy moja wyobraźnia jest zbyt okrutna podpowiadając
obrazek: pod mostami, w kanałach i rozdzielniach ciepła , w nieoświetlonych
i zamkniętych na głucho mieszkaniach - zimnych i smutnych ojcowie otulając
dzieci do snu zaczynają opowiadać bajkę - kiedyś , kiedy tatuś i mamusia
mieli jeszcze pracę....
Chciałabym doczekać czasów gdy bajki znów będą
zaczynały się od znajomych słów:
Za górami za lasami ...
Czy żądam zbyt wiele?
|
|
 |
Moje
wrażenia z Drezdenka -
Tadeusz Paciorek |
We wspólnocie drezdeneckiej „Barki” spędziłem pełny
miesiąc latem tego roku. Nie jest to wprawdzie wiele, ale wystarczy na
sformułowanie moich wrażeń i doświadczeń, a nawet zarys pewnych uogólnień.
Najsilniejsze wrażenie wywarła na mnie otwartość
„Barki” na ludzi z zewnątrz, rzecz raczej mało praktykowana w polskich
instytucjach. Przychodzą tu ludzie biedni z miasta po bochenek chleba,
przedstawiciele władz, placówek oświatowo-wychowawczych, sponsorzy. Niedawno
zagościł na kilka miesięcy student psychologii z Berlina, w lipcu
praktykowały trzy Ukrainki ze Lwowa. Przez tydzień przebywał także mój syn,
Wiktor. Wynika z tego wiele korzyści. Mieszkańcy „Barki” czują się częścią
większej społeczności, nie izolują się od lokalnego środowiska, są więc
kimś, a nie anonimową zbiorowością. Korzystają automatycznie ze wzorów i
wartości obserwowanych u ludzi ich odwiedzających. Oczywiście zachodzi też
podobny proces w drugą stronę – my ludzie z zewnątrz uczymy się wrażliwości
na cierpienie innego człowieka, poznajemy realne problemy i radości naszych
ziomków. Bezdomny przestał być dla mnie kimś anonimowym, stał się realnym
Władkiem, Józią, Mieciem. Dodam tutaj, że Amerykanie za jedno z kryteriów
zdrowej instytucji, np. szkoły, uważają jej otwarcie na lokalną i szerszą
społeczność.
Druga rzecz, która mi się spodobała, to otwartość
wewnątrz grupy mieszkańców „Barki”, wyrażająca się w omawianiu, zwykle po
posiłkach, aktualnych palących problemów, w szczególności konfliktów
pomiędzy domownikami. Zaryzykuję twierdzenie, że jest to przede wszystkim
zasługą Grzesia Niewolnego, inspirującego dłuższą lub krótszą wymianę zdań,
jeśli docierają do niego informacje o aktualnych napięciach w grupie,
agresywnej wymianie zdań, itp. W ten sposób przykre emocje ustępują, a
ludzie uczą się sztuki życia z innymi.
Przychodzi mi do głowy termin „transparentny”(przejrzysty,
jawny), jako słowo oddające atmosferę w drezdenckiej „Barce”. Jawność życia
społecznego, relacji interpersonalnych, spraw finansowych, jest tam
wartością, czymś głęboko zakorzenionym w postawach mieszkańców..
Sugeruję w tym miejscu potrzebę rozszerzenia tego typu
spotkań, czy raczej uczynienia ich częstszymi, np. w celu ujawniania złego
samopoczucia, przykrych lub przyjemnych emocji, słowem stanów, które
wpływają na jakość życia grupy. Oczywiście warunkiem tego jest atmosfera
zaufania, tolerancji i akceptacji innego człowieka. Rola Grzesia, czy innego
facylitatora jest tu ogromna. Konkretnym przykładem jest choćby monolog
wygloszony przy wspólnym stole przez młodego mieszkańca, dręczonego opresją
ze strony rodziny (co rok przez miesiąc jest gościem domu).
Po trzecie
ujęło mnie skromne, ale godziwe wyżywienie. Na obiad jest albo samo drugie
danie(często bezmięsne), albo pożywna zupa z chlebem. Głodny ma zawsze
dostęp do smalcu i dżemu. Uczy to traktowania wydatków na miarę mozliwości
oraz pokory, a co ważniejsze poszanowania tego, co często pochodzi z
darowizn.
Czas na dalsze refleksje. Co zmieniłbym w
drezdeneckiej „Barce”? Przede wszystkim widzę wielką potrzebę edukacji i
samodoskonalenia się mieszkańców wspólnoty. Spotkałem tam bystrych,
inteligentnych ludzi, zajętych jednak głównie pracą i codzienną krzątaniną,
a w najlepszym razie pogawędkach przy kawie. Tyle jest możliwości
przeczytania czegoś (może w miejscowej miejskiej czytelni?) i zreferowania
tegoż w czasie wolnym od zajęć domowych. Może spojrzeć bardziej
perspektywicznie i przedstawić sposoby zarządzania własnymi pieniędzmi –
sporządzanie rejestru przychodów i wydatków, planowanie tańszych zakupów,
oszczędzanie choćby małych kwot. Biedny powinien tym bardziej oszczędzać!
Wróćmy do nauk ks. Wawrzyniaka...
Wykład mógłby polegać także na podzieleniu się własnym
doświadczeniem, umiejętnością (jak gotować czerwony barszcz), lub wiedza na
konkretny temat – moja rodzina, wieś, szkoła, ważni ludzie w moim życiu,
odwiedzone kraje i zabytki. Tematów sto, a wystarczy trochę chęci.
Szczególnie potrzebne byłyby takie spotkania podczas długich, zimowych
wieczorów ze względu na efekt wypełnienia wolnego czasu, oraz walory
integracyjne. Dopóki się nie znamy, nie możemy być bliżej siebie i nawzajem
się rozumieć.
Ostatni ważny problem do rozwiązania to agresja słowna
między mieszkańcami „Barki”. Zauważyłem, że wynika ona nie tylko z cech
charakteru czy negatywnych przeżyć w życiu (stąd zalegający gniew), ale w
szczególności z trudnych warunków mieszkaniowych. Skupienie dwudziestu osób
na małej powierzchni strychu, powoduje w sposób nieunikniony konflikty
potrzeb oraz interesów. Ktoś jest wrażliwy na hałas i drażni go głośna
muzyka czy rozmowa, kogoś innego denerwują nocne spacery i zapalanie światła
w środku nocy. Każdy potrzebuje pewnej wolnej przestrzeni wokół siebie –
tutaj jest skazany na ciągłą obecność innych. Wystarczy krótkie zaczepne
zachowanie, kąśliwa uwaga, prośba przedstawiona w raniący sposób, i konflikt
gotowy.
Po wielu przemyśleniach dochodzę do wniosku, że dobrze
byłoby przeszkolić kilka osób, np. w Poznaniu, w sposobach radzenia sobie z
gniewem i agresją – u siebie, jak i innych ludzi. Po pierwsze, takie
przeszkolone osoby byłyby dobrymi wzorami (modelami) dla innych. Po drugie,
mogłyby one, jako żyjące wewnątrz społeczności, a nie osoby obce, inicjować
rozmowy pomiędzy zwaśnionymi stronami prowadzące do ujawnienia uczuć,
wzajemnego wysłuchania się bez oceniania ma rację - nie ma racji, wreszcie
do znalezienia konstruktywnego rozwiązania konfliktu, a więc pełnić rolę
moderatorów..
Do Drezdenka jechałem z pewnymi obawami. Jak będę
przyjęty? Czy zostanę zaakceptowany ze swoim rogeriańskim* podejściem? Ku
mojemu zadowoleniu stało się po kilku dniach jasne, że system „Barki”
zupełnie pasuje do moich postaw i przekonań.
Minęły 4 tygodnie. Z perspektywy czasu widzę, jak
ważnym osobistym przeżyciem była dla mnie ta praktyka. Zmieniło się moje
nastawienie do świata – jestem bardziej otwarty na innych ludzi, pogodny,
tolerancyjny.
Mam też poczucie sukcesu – udało mi się nawiązać
kontakt z osobami uznanymi w tym środowisku za trudne we współżyciu.
Przekonałem się po raz kolejny o mocy i terapeutycznym znaczeniu uważnego
słuchania, co tak podkreślał Carl Rogers.
Wielką przyjemnością była dla mnie praca w ogrodzie,
obserwacja rosnących warzyw, przebywanie wśród zieleni. Dziękuję wam
Barkowicze z Drezdenka!
*Carl Ransom Rogers, 1902-1987, wybitny amerykański
psycholog, twórca niedyrektywnej psychoterapii nastawionej na klienta,
współzałożyciel psychologii humanistycznej. Podkreślał znaczenie empatii,
bezwarunkowej akceptacji i bycia autentycznym w relacji terapeuta-klient. Na
język polski przetłumaczono jego fundamentalne dzieło „Sposób bycia”, Dom
Wydawniczy Rebis, Poznań 2002
|
|
 |
Bez kaca
|
Dzień Pierwszy
Witam Państwa. Ja nie mam dziś
kaca, a Wy? Kiedy zaproponowano mi prowadzenie tej rubryki padło pytanie -
jaki będzie jej tytuł? Bez zastanowienia odpowiedziałem – „BEZ KACA”!
Później, zastanawiałem się oczywiście, dlaczego tak prymitywnie, mogłem,
wymyśleć coś mądrzejszego itp. Odpowiedź jest prosta. Otóż sam jestem
człowiekiem uzależnionym od alkoholu, który nie pije od kilkunastu lat. W
czasie, kiedy piłem, przeżywałem różne przykre konsekwencje. Jednak
najbardziej dotkliwy był dla mnie zawsze kac po piciu alkoholu. Pamiętam te
stany jakby to było dziś. Zaczynało się w momencie, kiedy zaczynałem się
rozbudzać. Zawsze wtedy walczyłem by spać dalej, bo wiedziałem, co mnie
czeka. Oczy musiałem otwierać palcami, bo były sklejone”ropą”. Łeb pękał, w
gębie "Sahara", bebech bolał jak skopany, „karoseria” porysowana i do tego
ręce same nadawały morsem. Tyle w „fizyce” do tego „galop myślowy” Gdzie
byłem? Co robiłem? Skąd te obtarcia,skaleczenia i stłuczenia. Itd. Jakiego
tym razem „dymu narobiłem”? Te wszystkie pytania brały się stąd, że zwykle
piłem do „urwanego filmu” a po pijanemu byłem nieobliczalny. Jeszcze gorzej
było, kiedy się budziłem w izbie wytrzezwień, co przytrafiało mi się dość
regularnie. Tam najbardziej przerażało mnie pytanie, co powie sanitariusz
jak po mnie przyjdzie: do domu czy do dyspozycji komendy? Kiedy padało do
dyspozycji policji to pojawiały się kolejne pytania:, co i gdzie
nawywijałem? Pobiłem, ukradłem, czy wręcz zabiłem...Godziny tortur
psychicznych dużo bardziej dotkliwych niż fizyczne. Obie razem dawały
kompozycję, jaką mógł znieść tylko desperat. Do tego fundowaną sobie
najczęściej za własne pieniądze! Setki, tysiące razy w życiu! Jestem
przekonany, że ten, który wymyśli skuteczne lekarstwo na kaca, stanie się
najbogatszym człowiekiem na świecie! Skutecznego to znaczy innego niż te,
które znaleźli sami alkoholicy. Mam na myśli sławnego „klina”. Ma on
niestety jedną zasadniczą wadę – na drugi dzień znów ma się kaca. Pamiętam
dokładnie działanie „klina”, tak jak dokładnie pamiętam to, co się ze mną
działo, kiedy go nie było. Na kacu zawsze sobie obiecywałem sobie, że już
nigdy więcej! Byłem o tym święcie przekonany wychodząc z domu. Sama jednak
myśl o tym, co robiłem dzień wcześniej, poparta stwierdzeniem kumpla , „ale
zrobiłeś wczoraj dym” powodowała, że ponownie sięgałem po „lekarstwo”.
Pomagało doraźnie i sprawiało, że mogłem ludziom spojrzeć prosto w oczy.
Znikały w niebycie niemiłe uczucia, które mną targały: wstyd, poczucie winy,
strach, upokorzenie oraz złość do samego siebie - bo tylko takie
towarzyszyły kacowi. Teraz, kiedy budzę się rano wiem, że żyję. Mam pełną
świadomość tego gdzie jestem, co robiłem dzień wcześniej, nie szukam
„wodopoju”, a co ważniejsze mogę sobie sam tworzyć dzień, przeżyć go
świadomie i godnie. Uczucia mam też milsze, a i ludzie są dla mnie milsi.
Życie bez kaca inaczej smakuje, lepiej, a sprawdziłem obie opcje. Ja takie
życie wybrałem i wybieram codziennie, a WY?
Pozostaję ze współczuciem dla tych, którzy mają
kaca
Jacky
|
|
 |
Korespondencja z Tajlandii
-
Ewa Sadowska |
Kochani,
Minęło już
czterdzieści dni od kiedy jestem tutaj. Każdego dnia zdobywam sporo nowych
doświadczeń, czuje jak gdyby nagle przybyło mi lat
Samotność (szczególnie w weekendy) nie jest już taka
straszna, bo mam gitarę która się rozstroiła w czasie podróży i to tak że
nie byłam w stanie jej sama nastroić. Poprosiłam więc o pomoc Noi, która
pracuje ze mną w jednym pokoju w biurze PDA; jej syn jest muzykiem. Teraz
jest jak nowa i dziękuję Bogu, że ją zabrałam.
Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy tzn. ja i gitara! ( ona
jest trochę jak ja, czasem się rozstraja bo źle znosi zmiany klimatu, lepiej
w jej wykonaniu brzmią basy niż górne dźwięki – ja podobnie też nie umiem
wyciągnąć sopranu i wolę śpiewać niżej..) .
W każdym razie fakt, że spędzam tu o wiele więcej
czasu samotnie, niż w Polsce sprawił, że dużo się zastanawiam nad różnymi
rzeczami (czasem czuje się jak jakiś pustelnik albo mnich).
Od naszego ostatniego kontaktu sporo się wydarzyło.
Zaprzyjaźniłam się ze Stowarzyszeniem Chrześcijańskim
“Norwegian Church Aid”, które wynajmuje dwa pokoje w biurze PDA. Parę dni
temu kilka osób pracujących w tym stowarzyszeniu (trzy kobiety Tajki i jeden
chłopak z Wietnamu) wyjeżdżało do sąsiedniej prowincji odwiedzić Katolickie
Centrum Pomocy Ludziom z HIV|AIDS zapytali czy nie chciałabym pojechać z
nimi. Chętnie się zgodziłam.
Centrum to prowadzone jest przez Katolickie
zgromadzenie włoskich misjonarzy (założyciela poznałam osobiście; Ojciec
Giovanni przekazał mi dużo ważnych informacji na temat Urszulanek
prowadzących szkoły w Bangkoku, które mam zamiar odwiedzić wkrótce).
Kilka słów o samym Centrum.
Centrum prowadzi szkoły dla dzieci z AIDS, hospicja,
aktywizuje osoby chore na AIDS, zachęcając ich do zakładania własnych
Stowarzyszeń, zrzeszania się. Centrum to także wpływa na Rząd i zmienia
ustawy, które w większości traktują chorych na AIDS jak osoby z marginesu,
które przede wszystkim należy izolować.
Georgina – misjonarka z Kanady, która jest tu z mężem
(właśnie obchodzą 40 rocznice pożycia małżeńskiego) oprowadziła nas po
Centrum. Zaprosiła nas do hospicjum, gdzie spotkałam ludzi w ostatnim
stadium swojego życia. Na łóżkach leżały szkielety – tylko skora i kości, z
lekko przymkniętymi oczyma, jak w obozach oświęcimskich. Witałam się z nimi,
chciałam nawiązać kontakt , ale byli tylko na wpół przytomni. Potem
odwiedziłam szkolę dla dzieci z AIDS ( zaraziły się od rodziców, lub –
bardzo częsty przypadek – zostały zgwałcone przez osobę chorą na AIDS ).
Miały 6 do 15 lat i rany na ciele.
- “Tu dostają lekarstwa wiec będą żyły jeszcze 5 może
7 lat” - mówiła Georgina.
Zrobiło mi się słabo od nadmiaru przeżyć i myślałam,
że zemdleję wiec musiałam się na chwile położyć na ławce.
Na wszystkich ścianach wisiały obrazy z Ojcem Św. i
Św. Teresą od Dzieciątka Jezus.
Spotkałam kilka Sióstr (Tajek ze skośnymi oczyma)
noszących habity i welony), które pytały czy mam męża lub narzeczonego, bo
jeśli nie mam to chętnie by mnie przyjęły do swojego zgromadzenia.
Ojciec Giovanni dał mi swoją wizytówkę i powiedział,
że mogę przyjechać na dłuższy czas ( prowadzą też szkolenia dla
wolontariuszy).
Parę dni później odwiedziła mnie Pani Oranuch z mężem
( ta, którą poznałam w Poznaniu w czasie Targów Poznańskich). Jej mąż
pracuje dla Shell Company. Zjedliśmy lunch w restauracji PDA nazywającej się
Cabbages and Condoms.
Mąż pani Oranuch opowiadał o tym jak duże firmy i
korporacje coraz bardziej zdają sobie sprawę ze wspólnej odpowiedzialności
społecznej. “Uświadamiamy sobie coraz wyraźniej ze wszystko (wszystkie
sektory) w społeczenstwie są ściśle ze sobą połączone i od siebie zależne.”
–mówił. “ Na przykład nasza firma (Shell) czy inne duże korporacje nie mogą
myśleć tylko o bogaceniu się podczas gdy większość rodzin w społeczeństwie
sobie nie radzi.
Musimy się wspólnie zastanowić jak im pomoc znaleźć
zatrudnienie, wyedukować ich dzieci, by poprawił się poziom ich życia –
wtedy też będą mogli kupować w naszych firmach”.
Mówił też o tym, jak firma SHELL daje stypendia
naukowe młodzieży oraz o tym, że pracownicy SHELL ( z nim włącznie) zawsze
dwa razy w tygodniu idą do szkół publicznych uczyć angielskiego.
Mówił też o tym jak Mechai ( szef PDA) ostatnio został
zaproszony do Shell , by mówić o współpracy sektorów –prywatnego,
publicznego i non -profit. Potem Pani Oranuch zabrała mnie do katolickiego
kościoła ( który trochę przypomina buddyjska świątynię) i na pchli targ,
gdzie można tanio kupić różne ciekawe rzeczy. Kupiłam tam kilka spódnic,
spodnie, tajski kapelusz z trzciny (jest kapitalny!!!), buty z lnu (w stylu
azjatyckim) Wszystko co kupiłam było naprawdę tanie i mam satysfakcję, gdyż
zrobiłam zakupy za swoje zarobione pieniądze. (Od sierpnia będę dostawała 6
tys. Bahtów a nie 4 tys. tak jak myślałam wcześniej). To jest ok. 150
dolarów na miesiąc.
Dzień z panią Oranuch był dla mnie bardzo ciekawy.
Pani Oranuch chce żebym poznała całą jej rodzinę i powiedziała że będzie ze
mną w stałym kontakcie.
Wracając z targu z zakupami, musiałam wsiąść w tzw.
“podniebny pociąg” – obserwowałam handlarzy w kapeluszach z trzciny
sprzedających na chodnikach jedwab, owoce, smażone tułowie motyli i
tropikalnie wyglądające ryby. Było ich bardzo wielu na ulicach. Jeżdżą tu
też śmieszne taksówki na trzech kółkach z odkrytym dachem nazywane
“tuk-tuk”.
Pytacie czy Tajlandia jest piękna. Trudno mi
powiedzieć. Na razie widziałam głównie Bangkok, którego cechą
charakterystyczną jest to, że jest dosyć przeludniony, że maksymalnie
wykorzystuje się tutaj każdy skrawek przestrzeni. Jest mnóstwo samochodów,
hałas, straszne, wielogodzinne korki.
Na komunikację publiczną nie ma miejsca na ulicach
więc na specjalnych słupach wybudowano szybki tramwaj kursujący nad głowami
przechodniów - nazywa się “sky train” - podniebny pociąg. Jest też metro “underground”.
Owoce są bardzo zróżnicowane, niezwykłe, jest ich
tysiące rodzajów. Żywność nie jest droga. Ludzie są bardzo życzliwi i
generalnie uczciwi (na przykład na targu urwał mi się pasek od torebki i
pewien starszy Taj, który miał swój stragan zaraz urwany pasek naprawił),
albo niejednokrotnie kiedy stoję w autobusie z ciężkim plecakiem siedzący
pasażerowie chcą mi ustępować miejsca .. itp. itp.
Generalnie wszystko tu jest inne od tego do czego
przywykłam w Polsce.
To nieprawda, że kultura i tradycja europejska jest
“dalej” od azjatyckiej, obie kultury są inne i obie mogłyby się WIELE od
siebie nauczyć.
Ostatnio przyjechała do PDA grupa studentów medycyny z
Japonii i Mechaj miał wykład o AIDS w Tajlandii. (Dowiedziałam się np. że
PDA udziela niewielkiej pożyczki rodzinom: około 300 dolarów dla rodziny
chorej na AIDS i tyle samo rodzinie zdrowej , by obie rodziny mogły razem
otworzyć swój biznes.
Michai mówi, ze ta metoda jest niezwykle skuteczna, (spłacalność
pożyczki wynosi 99% - ten jeden procent który nie spłaconej pożyczki – to
rodziny z AIDS, których członkowie zmarli).
JURTO wyjeżdżam do Lam Plai Mat na miesiąc.
W Lam Plai Mat jest szkoła podstawowa dla dzieci
ubogich farmerów, prowadzona przez PDA , która jest oddalona 800 km od
Bangkoku. Będę tam uczyć angielskiego. Nauczyciele w tej szkole to młode
dziewczęta w moim wieku, poznałam je osobiście kilka tygodni temu na
seminarium, które dla nauczycieli tej szkoły poprowadził Michai w Pattaya.
Nauczyciele są bardzo sympatyczni. Intencją Mechaja i Jamesa Clarka
(biznesmena z Anglii, który w całości sponsoruje te szkołę) jest by szkoła w
Lam Plai Mat była prowadzona inaczej niż powszechnie prowadzi się instytucje
edukacyjne w Tajlandii i uczyła dzieci myślenia i zadawania pytań, a nie
ślepego podążania za nauczycielem i uczenia pamięciowego.
Niestety nie mam komputera w swoim mieszkaniu, mam
komputer w biurze. Ale w biurze najpierw muszę wykonać swoje zadania
dotyczące pracy, potem mogę sobie pisać prywatną korespondencję. (Teraz jest
godzina siódma wieczorem i w biurze już nikogo nie ma , wszyscy kończą przed
szóstą). Pracuję nad artykułem i skończę go w Lam Plai Mat.
Na wspólnej kolacji z nauczycielami i Mechajem
opowiedziałam historię o człowieku, który sadził dęby na opuszczonym
terenie, na którym nie rosło nic oprócz dzikiej lawendy i o tym jak
zasadzone ziarenka puściły pędy i po kilkunastu latach wyrósł las tam gdzie
przedtem nie było NIC. To jest też praca którą wykonuje Michai i PDA:
tworzy, animuje życie na umarłym terenie. To jest też praca Barki ....
Ta historia opowiedziana przeze mnie była – myślę –
ważnym wkładem w kolację.
Ciąg dalszy nastąpi.............
|
|
 |
Asertywność
-
Grzegorz Niewolny
-
Wspólnota Drezdenko |
Jesteśmy istotami społecznymi,
żyjemy wśród ludzi, a do zgodnego współistnienia potrzeba nam wiele
umiejętności. Jedną z nich jest asertywność. Zanim podam jej definicję,
przytoczę krótki opis zawarty w „elementarzu” ks. Jana Twardowskiego: „z
miłością do Boga – tłumaczyła mi jedna ze znajomych – nie mam trudności.
Kocham Go bardzo i tęsknię za Nim, ale swojemu sąsiadowi, który zamyka za
głośno drzwi, to łeb bym ukręciła.” Kochać Boga jest łatwo, ale ludzie są
wredni”. W tych słowach został przedstawiony, w formie żartobliwej, problem,
z którym każdy z nas spotkał się nieraz w swoim życiu. Nasi bliźni, których
powinniśmy kochać jak siebie samych, denerwują nas swoim zachowaniem, chcemy
im to powiedzieć, ale nie wiemy jak, lub robimy to, raniąc ich i tracąc
znajomych. Z jednej strony zauważamy swoje potrzeby, zranione uczucia,
zadany ból, a z drugiej – widzimy drugiego człowieka, który nie zawsze
rozumie, co się dzieje w naszym wnętrzu, a czasami staje się przyczyną
rozczarowania, lub kolejnych problemów. Jeśli mieliśmy choć raz problem z
okazywaniem swoich uczuć i informowaniu innych o naszych przeżyciach tak,
aby pomóc sobie i jednocześnie nie zaszkodzić innym, powinniśmy bliżej
zapoznać się z opisem umiejętności bycia asertywnym.
Zgodnie z definicją, którą
przytacza M. Król – Fijewska, przez asertywność rozumie się „zespół zachowań
interpersonalnych, wyrażających uczucia, postawy, życzenia, opinie i prawa
innych osób (osoby)”. W dalszej części mowa jest o tym, że asertywność
dotyczy również wyrażania emocji i uczuć, zarówno pozytywnych jak i
negatywnych, jednak w taki sposób, aby nie naruszyć praw innych ludzi.
Wśród umiejętności asertywnych
wymienia się, zgodnie z poglądami Lazarusa, zdolności wyrażania sprzeciwu w
relacjach interpersonalnych, powiedzenia „nie” w sytuacjach nieuzasadnionych
żądań, umiejętności wyrażania pozytywnych i negatywnych uczuć ; zdolność
proszenia innych o przysługę czy pomoc i również umiejętność podtrzymywania
lub ograniczania kontaktów interpersonalnych. Oprócz wymienionych
umiejętności, w literaturze można jeszcze spotkać następujące: wyrażanie
przeciwstawnych opinii wobec rówieśników lub nauczycieli (przełożonych),
rozpoczęcie rozmowy z rówieśnikami lub nieznajomymi, pochwalenie kogoś lub
powiedzenie komplementu, negocjowanie kwestii „dawania i brania” z rodziną i
przyjaciółmi, skuteczne poszukiwanie zajęcia lub pracy, oparcie się naciskom
ze strony innych, by nie zachowywać się w sposób niezgodny z własnymi
przekonaniami.
Można mówić o prawach asertywności,
które powinny wyznaczać kierunek postępowania człowieka, chcącego otwarcie
wyrażać siebie, bez narażania praw innych ludzi. Przytaczam kilka
przykładów:
1. Prawo domagania się tego, czego chcemy, ze
zrozumieniem, że partner może odmówić.
2. Prawo do własnego zdania, uczuć i emocji i
odpowiedniego ich wyrażania.
3. Prawo do wypowiadania opinii, które nie mają
logicznych podstaw.
4. Prawo do podejmowania decyzji i radzenia sobie
z ich skutkami.
5. Prawo do dokonywania wyboru, czy chcemy
zaangażować się w czyjeś problemy.
6. Prawo nie wiedzieć i nie rozumieć czegokolwiek.
7. Prawo do popełniania błędów.
8. Prawo do odnoszenia sukcesów.
9. Prawo do zmiany zdania.
10. Prawo do prywatności.
11. Prawo do bycia w samotności i niezależności.
12. Prawo do zmieniania się bycia asertywnym.
Człowiek nie zachowujący się
asertywnie przejawia tendencję do agresywności, bierności bądź manipulowania
innymi. Te rodzaje zachowań wynikają z naturalnej u człowieka skłonności do
reagowania walką bądź ucieczką w sytuacjach problemowych. Dlatego też tak
ważne jest bycie asertywnym, bo wówczas żyjemy w zgodzie z własnym wnętrzem
– nie tłumimy emocji i uczuć, bo nie obwiniamy siebie o brak silnej woli i
konsekwencji (gdy ulegamy prośbie innych, nie mając na to żadnej ochoty) i
wreszcie wprowadzamy pokój do naszych kontaktów z innymi ludźmi. Asertywność
jest bardzo ważna dla każdego człowieka, a w szczególności dla
trzeźwiejących alkoholików.
Korzystałem z materiałów: Agnieszki
Wielgas, ks. Jana Twardowskiego, Lazarusa.
|
|
|
Gazeta Sportowa - Michał
Czapliński |
Od 9 sierpnia mieliśmy
gościć piłkarzy duńskich ze Szkoły Kofoeda. Po wielu problemach z dojazdem w
końcu się pojawili. Byli bardzo zmęczeni podróżą, więc od razu pojechaliśmy
z nimi do Kietrza, gdzie mieli mieszkać w czasie wizyty w Polsce. Duże
wrażenie zrobiło na nich położenie ośrodka. Na wieczór mieliśmy zaplanowaną
wizytę na meczu „Lecha” Poznań z „Górnikiem” Zabrze, lecz nasi przyjaciele
po zjedzeniu posiłku chcieli udać się na odpoczynek. Jednak nie można się
dziwić – po tylu godzinach podróży! Na mecz udaliśmy się sami. Następnego
dnia o godzinie 10:00 miał zacząć się turniej, w którym miały wystartować
trzy drużyny: Duńczycy, Abstynenci i Barka. Nic nie wyszło jednak z tego
turnieju gdyż zabrakło poznańskich Abstynentów. Rozegraliśmy dwa mecze.
Pierwszy przeciwko naszym gościom z Danii, wygraliśmy 8:1! Prawdę
powiedziawszy po tym, co widziałem w czasie ich rozgrzewki spodziewałem się
naszej porażki. Byli dobrze wyszkoleni technicznie i niektóre zagrania
budziły respekt. Na szczęście nie umieli oni zastosować tych zagrań w czasie
meczu! Cały czas próbowali nas zaskoczyć indywidualnymi zagraniami, a my
rozgrywaliśmy piłkę między sobą tak długo, aż nadarzyła się okazja do
zdobycia bramki. Nasza taktyka okazała się zdecydowanie lepsza! Po krótkiej
przerwie rozegraliśmy drugi mecz, tym razem mieszając się między sobą.
Spotkanie było bardzo wyrównane i zakończyło się niewielką różnicą bramek.
Wszystko to jednak nie miało znaczenia, ponieważ dobrze się bawiliśmy i o to
w tym wszystkim właśnie chodziło. Śmiało można stwierdzić, że pod względem
piłkarskim Duńczycy sporo się mogą od nas nauczyć! Niezadowoleni z wyniku
pierwszego meczu Duńczycy postanowili poprawić sobie nastroje zwiedzając
Poznań. Wiele rzeczy bardzo ich zaciekawiło i urzekło swoją urodą. Kiedy
zobaczyli ceny w naszych sklepach, twierdząc że w Danii jest dużo drożej.
Tak, więc wybrali się na przechadzkę po sklepach. Zadowoleni z wizyty w
Poznaniu postanowili zaprosić nas do Danii, do Szkoły Kofoeda żeby mogli się
zrewanżować i pokonać nas na swoim terenie. Trzeba przyznać, że nawiązaliśmy
ciekawy kontakt i również byliśmy zadowoleni z ich wizyty.
|
|